Łososie, lodowce i góry – Alaska – Miejsce, gdzie nawet w kwietniu pada śnieg.

A – Pierwsza litera alfabetu, która zmotywowała mnie do rozpoczęcia całego tego bloga właśnie od Alaski. Co prawda, przyjmując alfabet jako wyznacznik powinienem zacząć od Alabamy, bo w porządku alfabetycznym ten stan to numer jeden, ale za to Alaska jest stanem, wysuniętym najbardziej na północ spośród wszystkich 50 kawałków, składających się na jeden, wielki, czasem słodki a niekiedy kwaśny tort o nazwie Stany Zjednoczone. 

Najpierw kilka słów o samej Alasce w porównaniu do Polski; Alaska to największy stan spośród wszystkich stanów w USA. Jego powierzchnia to 1 723 337 kilometrów kwadratowych, podczas gdy powierzchnia naszego Kraju nad Wisłą to jedynie 322 575 kilometrów kwadratowych. Jednakże, podczas gdy Polskę zamieszkuje prawie 37 milionów mieszkańców, populacja Alaski to zaledwie 733 583 osób. Jest więc tam dość dużo wolnego miejsca. Najbardziej zurbanizowane i największe tym samym miasto Alaski to Anchorage, natomiast stolicą stanu jest Juneau którego populacja to aż 31 685 osób! Tak więc, reasumując ten merytoryczny wstęp, Alaska jest ponad pięć razy większa od Polski a mieszka tam bez mała 51 razy mniej ludzi niż na terytorium Rzeczypospolitej. 

Tak mała populacja względem powierzchni, sprawiła, że Alaska to dzika, nieokiełznana, a w niektórych miejscach nieskalana ludzką stopą kraina. Kraina pełna dzikich zwierząt, jezior, gór i niemożliwych do objęcia wzrokiem połaci lasów i puszcz.

Nasza jednakże przygoda na Alasce rozpoczęła się w Seattle w stanie Washington, gdzie wsiedliśmy na statek, rozpoczynając tym samym rejs. Podczas wyprawy czekać miały na nas trzy miasta Alaski, lodowce, fiordy oraz majestatyczne góry blokujące niekiedy dostęp do bezpośredniego światła słonecznego większych lub mniejszych miejscowości położonych u ich stóp. 

Gdy statek odpływał, Seattle, żegnało nas pochmurną i dżdżystą pogodą. Statek powoli oddalał się od miasta, pozostawiając w tyle gwar i hałas jednej z największych metropolii zachodniego wybrzeża USA. Im dalej od Seattle, tym bardziej cisza wypełniała nasze uszy. Zieleniące się drzewa liściaste dawały nam jasny znak, że rozpoczyna się już wiosna. Choć słońce skrywało się za chmurami, temperatura pozwoliła nam na narzucenie na siebie jedynie lekkiej bluzy aby czuć się komfortowo i nie marznąć. Przekonani, że tak będzie cały czas rozkoszowaliśmy się oceaniczną bryzą Pacyfiku, nie zdając sobie sprawy z tego, w jak wielkim błędzie jesteśmy.

Nastał wieczór a my udaliśmy się do naszej kabiny na spoczynek.

Poranek następnego dnia obudził nas lekkim kołysaniem. Pogoda wciąż nie rozpieszczała nas widokami a gęste chmury sprawiały, że większość pasażerów, w tym Luiza odczuwać zaczęli lekkie objawy choroby morskiej. Ja spacerowałem po statku, racząc się kolorowymi drinkami, i snułem się od lewej do prawej z nadzieją, że może, gdzieś zza gęstych chmur wyłoni się jakiś ląd, który to urozmaici ten nudny, szary krajobraz. Niestety. Lądu przez cały dzień nie widzieliśmy. Całe szczęście, dzień urozmaicało nam stado waleni wynurzających się co chwilę z odmętów zimnych wód Pacyfiku, aby wypuścić mgiełkę powietrza i zanurkować ponownie w bezkresny, wielki błękit. Co prawda sam widok nie był niczym niesamowicie spektakularnym, ale świadomość, że tak blisko nas, pływają te majestatyczne stworzenia, które do tej pory widziałem jedynie w Internecie lub na kartkach książki do biologii w podstawówce, sprawiało, że poczułem, iż zbliżamy się do czegoś niesamowitego i przed nami naprawdę wielka przygoda.

Następnego dnia, kołysanie ustało, a my zbliżaliśmy się do pierwszego portu na naszej trasie – Juneau. Stolica Alaski budziła się do życia, podobnie jak cały statek sunący leniwie w stronę pojawiających się w oddali gór i fiordów. Pogoda poprawiła się i już po chwili naszym oczom ukazał się zapierający w piersiach dech widok. Rosnące z każdą milą, góry ze swoimi zboczami opadającymi do ciemnych wód północnego Pacyfiku. Nasz statek, choć z brzegu w Seattle wyglądał na ogromny, w zestawieniu z potężnymi górami Alaski, z każdą chwilą stawał się co raz mniejszy. 

Góry osaczały nas co raz bardziej i zarówno z lewej jak i prawej strony statku zbocza zdawały zbliżać się w stronę kadłuba statku. W oddali zza kolejnych wzgórz wyłaniać zaczęło się miasto i port. Statek zwalniał i już po chwili zakotwiczył w Juneau. 

Pogoda niestety wciąż nas nie rozpieszczała, a gęste chmury skrywały w swoich objęciach szczyty otaczających miasto gór. Samo miasteczko ujęło nas swoim urokiem. Jak malutka, górska mieścinka z kilkoma barami i sklepami czekającymi na przybywających turystów. 

Zeszliśmy ze statku dość szybko i od razu złapaliśmy taksówkę, którą ruszyliśmy w stronę lodowca Mendenhall. Jadąc lokalnymi drogami mijaliśmy domy i osiedla a już po chwili wyjechaliśmy z miasta na drogę meandrującą niczym górskie potoki, między lasami i górami zbliżając się do lodowca. 

Po około 30 minutach byliśmy na miejscu. Po 20-sto minutowym spacerze przez park dotarliśmy do pokaźnego jeziora, gdzie po jego drugiej stronie naszym oczom ukazał się ogromny, lodowy jęzor Lodowca Mendenhall. Mała kamienista plaża dotykała lodowatego jeziora, do którego z potężnej góry wpadał z ogromną siłą wodospad. Ogłuszający dźwięk wody oraz sam widok wtedy właśnie pozwolił mi poczuć, że jestem na Alasce. Tak sobie ją właśnie wyobrażałem. Surowa, dzika i naturalna. Staliśmy chwilę na kamienistej plaży chłonąc zapierający dech w piersi widok, ale już po chwili ów niewielki skrawek ziemi zaczął zapełniać się pozostałymi pasażerami naszego statku, którzy właśnie dotarli na miejsce wielkimi autokarami ze zorganizowaną wycieczką. My natomiast, szczęśliwi, że udało nam się poczuć to piękno Alaski praktycznie w samotności, skierowaliśmy swoje kroki w stronę parkingu i taksówki, która zabrała nas z powrotem do miasta. Ostry, chłodny wiatr oraz mżawka nie zachęcały do spacerów po mieście, więc udaliśmy się do barku, a właściwie Saloon’u rodem z dzikiego zachodu, który to, jak zapewniał nas pracujący tam jegomość, pamiętał jeszcze czasy gorączki złota na Alasce. Wypiliśmy po drinku a mżawka ustała. Przeszliśmy się po mieście starając się wycisnąć z naszego pobytu w stolicy Alaski, ile się da. Niestety, komercja i wszechobecny kicz, również i tutaj odcisnął swoje piętno a pluszowe misie „Made in China” i tandetny kicz zdominował okoliczne sklepiki z pamiątkami. Nasz dzień w Juneau dobiegał końca, więc skierowaliśmy się na statek. Po drodze do kabiny wziąłem na rozgrzewkę solidną szklankę whiskey z barku na statku i stanąłem na balkonie naszej kabiny czekając, aż statek zacznie odbijać od portowego nabrzeża. Dzień gasł, a mrok zaczynał spowijać Juneau, układając senne miasteczko powoli do snu. Żółte światła latarni rozświetlały mokre chodniki i ulice. Po chwili zaczął padać śnieg. Z minuty na minutę opady przybierały na sile a drewniane nabrzeże mokre od deszczu, zaczynało pokrywać się warstwą białego puchu. Statek odsuwał się od brzegu i z każdym moim kolejnym łykiem whsikey miasto i jego światła znikały skąpane w co raz mocniejszych opadach śniegu. Praktycznie zerowa widoczność skierowała nas na kolację a później do łóżka, ponieważ następnego dnia, czekał na nas dalszy ciąg naszej Alaskańskiej przygody.

O poranku przywitało nas słońce, leniwie wychylające się z mgły spowijającej małe miasteczko Skagway, które w czasach gorączki złota stało się mekką poszukiwaczy tego szlachetnego kruszcu. Szybkie śniadanie i już byliśmy na brzegu. Położone w dolinie miasteczko było symbolem minionej epoki poszukiwaczy złota oraz klasycznym przykładem typowego miasteczka rodem z dzikiego zachodu. Jedna, główna ulica przecinająca miasto, jedno skrzyżowanie pośrodku i stacja kolejowa, będąca na początku zeszłego stulecia, jedynym źródłem komunikacji miasta z resztą świata. Dziś główną atrakcją miasta jest wycieczka kolejowa z miasta w góry, szlakiem jaki ponad 100 lat temu pokonywali liczący na szybki zysk poszukiwacze złota. 

Wsiedliśmy do wagonu. Pociąg wraz z lokomotywą sprawiał wrażenie jakby cały przeniósł się w czasie o 100 lat w przód. Drewniane ławki i ściany wagonów sprawiały, że i my czuliśmy się jak podróżnicy z najodleglejszych krańców kontynentu, zmierzający na Alaskę w poszukiwaniu lepszego życia. Pociąg wjeżdżał wyżej w góry i z każdą milą za każdym zakrętem naszym oczom ukazywały się kolejne, potężne góry zdawające się sięgać prawie do nieba. Po drugiej stronie doliny, w oddali ciężarówka wspinała się po stromej drodze, lecz na tle potężnego górskie zbocza, wyglądała jak mała mrówka wspinająca się po ścianach ogromnego mrowiska. Wjeżdżaliśmy coraz wyżej a im wyżej byliśmy, tym temperatura spadała coraz niżej. Zaczął pojawiać się śnieg, a po chwili biały puch nie tylko spowijał drzewa i otaczający nas krajobraz, ale też i tory, po których z mozołem sunął nasz pociąg. Niestety, śnieżna pokrywa na torach uniemożliwiła nam kontynuowanie podróży i po szybkiej przepince lokomotywy ruszyliśmy w drogę powrotną do Skagway. Wyjechaliśmy ze śniegu i zaczęło robić się cieplej. Po powrocie do miasteczka poszliśmy jeszcze do muzeum gorączki złota a następnie, pełni emocji tego dnia, skierowaliśmy się na statek. Nasza wizyta w Skagway dobiegała końca, a wraz z nią końca dobiegał dzień. 

Miasto znikało w mroku nocy, kiedy statek oddalał się od portu w kierunku kolejnego punktu naszej wycieczki – Parku Narodowego Glacier Bay, do którego dopłynąć mieliśmy już następnego dnia o poranku.

Kiedy otworzyłem oczy następnego dnia i wyszedłem na balkon naszej kabiny, widok, który ukazał się moim oczom, sprawił, że zacząłem zastanawiać się, czy my wciąż jesteśmy na Alasce? Otaczająca mnie rzeczywistość bliższa była raczej Antarktydzie aniżeli Alasce, jaką jeszcze widziałem poprzedniego dnia. Wiele nie ma co tu opisywać- po prostu otaczał nas śnieg, góry pozbawione jakiejkolwiek roślinności, kra, przez którą przebijał się statek oraz małe wyderki nurkujące co chwile w głąb fiordu w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Widok dookoła był najbardziej surowym i martwym krajobrazem jaki można sobie wyobrazić. Nawet na pustyni w Arizonie, znaleźć można gdzieniegdzie jakiegoś kaktusa czy krzak, ale tutaj było po prostu biało. Nic. 

Statek podpłynął w pobliże lodowca Lamplugh i zaczął kręcić się wokół, umożliwiając pasażerom nacieszenie oczu tym za razem surowym oraz niepowtarzalnym widokiem. Temperatura na zewnątrz spadła poniżej zera, ale nie zniechęciło to ludzi do wyjścia na pokład, aby zrobić niepowtarzalne zdjęcia i nasycić oczy widokiem, który w pamięci wielu z nich pozostanie za pewne do końca życia. 

Po chwili statek zaczął oddalać się od lodowca i zaczęliśmy zmierzać na południe w stronę naszego ostatniego portu na Alasce. Sunący powoli kawał stali odprowadzały dziesiątki małych wyderek co chwilę nurkujących w lodowatej wodzie, a naszym oczom co chwilę ukazywał się kolejny zimowy, a właściwie lodowy krajobraz. Pod wieczór lód i śnieg powoli zaczął ustępować miejsca pojawiającym się nieśmiało drzewom, następnie lasom aż w końcu wypłynęliśmy z lodowej krainy wracając do widoków, którymi karmiła nas Alaska przez minione dni.

Następnego dnia, statek o poranku zakotwiczył w Ketchikan – światowej stolicy łososia. Po dniu spędzonym na lodowym pustkowiu, cieszyłem się na widok ludzi, samochodów i wszechotaczającego nas życia. Lokalny autobus dowiózł nas do centrum miasteczka, gdzie na turystów czekały oczywiście dziesiątki sklepików z pamiątkami, bary oraz główna atrakcja miasta, czyli pokazy drwali. My wybraliśmy jednak krótki spacer do parku totemów indiańskich. Niestety, park okazał się być zamknięty, a nam dane było zobaczyć jedynie parę totemów, postawionych tutaj przez rdzennych mieszkańców tych okolic. Wróciliśmy do centrum miasta. Odwiedziliśmy muzeum przedstawiające historię regionu i jego mieszkańców a następnie skierowaliśmy się w stronę zbudowanych na palach nad rzeką sklepików i domów. Spacerując wzdłuż rzeki po drewnianym pomoście, spotkaliśmy parę fok bawiących się w wodzie. Zwierzęta zdawały się nic sobie nie robić z obecności dziesiątek turystów robiących im zdjęcia. Ot, bawiły się radośnie a po chwili zniknęły za kolejnym zakrętem rzeki, która wpadała do zatoki łączącej się gdzieś daleko z wodami Pacyfiku. Gęste drzewa i góry otaczające nas nie pozwalały nam zapomnieć, że nadal jesteśmy na Alasce. Kupiliśmy lokalne przysmaki, kilka pamiątek i niestety musieliśmy się już kierować na statek. Dzień dobiegał końca a wraz z nim cała nasza podróż na Alaskę. 

Sama Alaska przedstawiła nam się jako miejsce wręcz dziewicze w wielu aspektach. W jednej chwili jesteśmy w gwarnym miasteczku, a po chwili jazdy w miejscu tak cichym i dzikim, że cisza aż dzwoni w uszach. Czyste powietrze, przytłaczające swoją potęgą góry i aż błękitne ściany lodowców, których większe lub mniejsze elementy odrywały się wpadając z hukiem do lodowatej wody. Alaska jest piękna, jedyna w swoim rodzaju i dzika. Chciałbym pojechać dalej i poznać ją lepiej, ale jej ogrom i niezamieszkałe połacie dziewiczych terenów sprawiają, że zdecydowanie nie jest miejscem, gdzie da się pojechać i zobaczyć wszystko w kilka dni. Nasza podróż była jedynie wstępem do tego największego Stanu w USA. Kto wie, może jeszcze tam wrócimy, aby odkrywać kolejne, niezbadane jeszcze miejsca i poznawać nowe zapierające dech w piersi widoki… Kto wie…

Dodaj komentarz