Syty Wędrowiec – Małże, przegrzebki, krewetki i skrzydełka, czyli Smaki Florydy

Podróż to nie tylko ruch. Mówiąc o podroży, myślimy o locie samolotem, jeździe samochodem czy autokarem. Jednakże, podróż może też mieć inny aspekt. Możemy między innymi podróżować przez smak. Odkrywać nowe aromaty, potrawy, kompozycje smaków i dobierać poznane doznania kulinarne do swoich upodobań. 

Ja jako chłopak wychowany w Polsce, przyzwyczaiłem swoje kupki smakowe do typowych dań znad Wisły. Schaboszczak, żurek, pomidorowa, zapiekanka, kurczak z rożna, kiełbasy i tym podobne. Jednakże, kiedy wyjechaliśmy do USA i osiedliliśmy się na Florydzie, wszystkie moje przyzwyczajenia kulinarne musiałem zostawić daleko za sobą. Oczywiście, Luiza raczyła nas raz na jakiś czas ulubionymi potrawami z ojczystego kraju, ale o wieczornym wyjściu do ulubionej restauracji na schabowego i wątróbkę nie było już mowy. 

Rozpoczęła się więc wówczas, moja kulinarna podróż. Podróż, dzięki której musiałem spróbować innych smaków, innej kuchni i innego stylu jedzenia. A do czego musiałem się przyzwyczaić na Florydzie, co polubiłem, a czego po dziś dzień nie jestem w stanie nawet przełknąć, dowiesz się, drogi czytelniku już za chwilę.

Pamiętam jak dziś nasze pierwsze chwile na Florydzie. Jechaliśmy z lotniska późną nocą do wynajętego mieszkania. Jadąc główną drogą prowadzącą z lotniska do miejscowości, gdzie wynajęliśmy mieszkanie mijaliśmy ukochane przez Amerykanów, najróżniejsze bary typu fast food. W całych stanach, nie tylko w „słonecznym stanie”, ciężko jest znaleźć skrzyżowanie w mieście, gdzie na choćby jednym rogu nie byłoby McDonalda czy KFC. Dojechaliśmy do celu i padliśmy ze zmęczenia. Następnego dnia jednak, ruszyliśmy na eksplorację. Znaleźliśmy sklep spożywczy, taki odpowiednik Polskiego Carrefoura- Publix. Weszliśmy do środka, w poszukiwaniu czegoś na śniadanie. Najróżniejsze szynki i salami uśmiechały się do nas zza szklanej gabloty. Pomyślałem wówczas, że chyba nie będzie tak źle. O USA czytaliśmy dużo i pośród różnych opinii na przeróżne tematy, wspólnym wątkiem, który przewijał się przez wszystkie prasowe czy też internetowe artykuły, była kuchnia. Kuchnia, która zgodnie, przez większość autorów owych opracowań, była oceniana bardzo kiepsko. Istotnie, mijały dni, miesiące później lata i z każdym rokiem co raz bardziej oboje tęskniliśmy za naszą, prawdziwą, polską kuchnią. Szynki, które tak kusiły zza szkła, bez względu na to którą wybierzemy, smakują tak samo, sery, czy to gouda, czy cheddar, zarówno i aromatem, i konsystencją nie różnią się od siebie, a coś co dumnie z plastikowego opakowania krzyczy ogromnym napisem „Polish Sausage” w Publixie… pozostawię bez komentarza. Oczywiście, w naszej okolicy znajdowało się kilka polskich sklepów, ale zarówno ceny, jak i dostępność towarów odstraszały bardzo często i zniechęcały do codziennych zakupów. Jedyna Polska restauracja w naszej okolicy, serwująca dania, które powinny przywodzić nam na myśl nasze młode lata spędzone w Ojczyźnie, jakością i smakiem zbliżała nas w stronę podłego baru mlecznego, a ceną w stronę wymyślnych knajp na Warszawskiej Starówce. Dodatkowo, schabowy polany sosem pieczeniowym? Szkoda marnować na to czas i kilobajty na tym blogu. Amerykanie wszystko zalewają sosem, o czym przekonaliśmy się już na początku naszej Florydzkiej przygody, kiedy zamówiliśmy jedno z moich ulubionych dań z USA – Skrzydełka z kurczaka. Istotnie, to danie do dziś wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Zawsze soczyste, w panierce lub bez zatopione w ulubionym sosie, ostrym, słodkim, łagodnym, do wyboru, co kto lubi! Na Florydzie, traktowane jako taki ogólnie przyjęty amerykański lunch lub kolacyjka. Praktycznie każda restauracja, czy to serwująca kuchnię amerykańską, czy barbecue, czy też owoce morza, w swoim menu posiadała, choćby jako przystawkę skrzydełka z kurczaka. Oczywiście, były i restauracje, które specjalizowały się wyłącznie w skrzydełkach. Jedną z takich, była nasza ulubiona knajpka o nazwie „Hooters”, gdzie skąpo odziane dziewczyny, serwowały do stołów właśnie skrzydełka, przyrządzone, przyprawione i przypieczone na nieskończoną ilość kombinacji. Dla mnie zawsze sos Hot Buffalo, czyli taki ostro- kwaśny, dla Luizy, sos orientalny, słodki, Tajski z dodatkiem chili. Koniecznie panierka, która choć zalana sosem, chrupała w ustach niczym ziemniaczane chipsy. Oczywiście, kurczaki można zjeść wszędzie. W całych Stanach, są czymś takim, jak w Polsce powiedzmy, pierogi. Można zjeść na przystawkę, można na obiad czy kolację, z różnym nadzieniem, na słodko lub wytrawnie. 

Jeżeli jednak, miałbym teraz skupić się na tym, z czego słynie Floryda, to po 11 latach spędzonych za oceanem, mogę powiedzieć jedno, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu – Owoce Morza. To był zawsze numer jeden w „Słonecznym Stanie”. Ja osobiście nigdy nie byłem fanem „darów oceanów” i kiedy tylko mogłem, w Polsce, wybierałem schabowe, jednakże, kiedy wybieraliśmy się na kolację do plażowej części miasta, w którym mieszkaliśmy, wybór kuchni był niewielki. Praktycznie żaden. Praktycznie same restauracje, stylizowane na nadmorskie bary, gdzie królowały, a jakże, owoce morza. Dla mnie, chyba są tylko dwie opcje zjedzenia ryby, które dają mi satysfakcję; karp na Wigilię i Dorsz nad Polskim morzem. Niestety, serwowane w kolorowych barach, ozdobionych rybackimi sieciami dary mórz i oceanów ani nie były karpiem, ani dorszem z Rewala. Królowały krewetki. Czy to surowe, czy też grillowane, w panierce, w sosie na setki sposobów. Małże, przegrzebki, ostrygi i król królów restauracyjnych stołów Florydy, czyli „Crab Legs” – Nogi wielkich krabów, gdzie samego jedzenia był ułamek procenta w porównaniu ze skorupą z którem trzeba było owe jedzenie wydobyć. Amerykanie zajadali się krabowymi nogami, rozrzucając skorupy po stołach, podłodze oraz swojej odzieży. Nawet Luiza, aż do samego końca naszego życia na Florydzie, nie była w stanie przekonać się do tego wymyślnego dania. Tak czy inaczej, „z braku laku” i schabowych, musiałem nauczyć się jeść to co przybyło z wody. Najpierw ryba. Najpopularniejsza w naszej okolicy Mahi Mahi, czyli po Polsku Koryfena. Smaczna nawet, kiedy dobrze przyprawiona. Soczysta. Ujdzie. Red Snapper, czyli Lucjan Czerwony, bardziej wyrazisty i mniej soczysty. Później krewetki, które dla mnie do dziś, jeżeli podane bez sosu lub panierki, smaku nie mają prawie wcale i na koniec przegrzebki, małże i inne „muszlowe” dziadostwo, którego w wodzie pełno, a ja nigdy nie przełamałem się, aby tego spróbować. Tak. Cierpiałem. Nawet sprawiający wrażenie „typowego”, zwyczajny hamburger czy kurczak, często podawany był z sosem z mango czy innych tropikalnych owoców inspirowanym kuchnią morską Karaibów. Oczywiście, że steki, hamburgery, pizzę i wspomniane wyżej skrzydełka również można było zjeść w wielu miejscach, ale typowym, regionalnym i charakterystycznym dla Florydy specjałem były właśnie owoce morza. Przysmak, który nigdy nie zdobył i chyba już nie zdobędzie mojego serca.

Pamiętaj więc drogi czytelniku, jeżeli wybierasz się na Florydę i marzy Ci się posmakować lokalnych specjałów, to wiedz, że pochodzić one będą z Atlantyku lub Zatoki Meksykańskiej. 

Każdy region a nawet stan w USA ma swoje charakterystyczne specjały. W Teksasie ogromne steki, w Chicago Hot-Dogi, w Tennessee grillowana, szarpana wieprzowina a w Nowym Jorku, Nowojorska Pizza. Stany Zjednoczone to ogromny kraj, gdzie tak jak z jego naturalnej strony znajdziemy wszystko, od pustyń po bagna, tak samo z kulinarnego puntu widzenia, przemierzając kraj spróbować dane nam będzie chyba każdego rodzaju jedzenia. Często inspirowanego kuchnią europejską, sprowadzoną tutaj przez emigrantów, czasami kuchnią biedną, wywodzącą się z czasów niewolnictwa. Zawsze jednak czymś wyjątkowym, gdzie za pewne każdy znajdzie coś konkretnie dla siebie. Smacznego.

Dodaj komentarz