
Kiedy przyjechaliśmy do USA, pierwszą poważną pracą jaką udało mi się znaleźć było stanowisko specjalisty do sprzedaży telefonów komórkowych w ikonicznym wręcz dla Stanów Zjednoczonych hipermarkecie sieci Walmart. Oczywiście znałem język angielski, kiedy znaleźliśmy się za oceanem, ale moja znajomość Języka Shakespeare’a ograniczała się do wykutych w szkole zwrotów i słówek oraz paru wyuczonych formułek z gier komputerowych. Co gorsza, Angielski, jaki wykładany jest w Polsce to piękny w brzmieniu Brytyjski Angielski, podczas gdy ten sam na pozór język używany w USA to mieszanina półdźwięków i dialektów sprawiająca wrażenie swoistego bełkotu, gdy ktoś zetknie się z tym po raz pierwszy.
Tak samo było i ze mną. Wiedza wyniesiona ze szkoły stała się dla mnie jedynie fundamentem językowym, na którym podczas pracy w Walmart, zbudowałem już w pełni użyteczną bazę językową jaką posługiwałem się już do końca swojego pobytu w USA. Ponadto, zapewne domyślasz się, drogi czytelniku, że ów Amerykański Angielski to też nie jest rodzaj języka, który brzmi tak samo w każdym zakamarku USA. Bardzo jasno przekonałem się o tym, kiedy w 2017 roku wybraliśmy się do Nowego Orleanu, do którego z naszego miejsca zamieszkania na Florydzie było niewiele ponad 9 godzin jazdy.
Wyruszyliśmy o poranku w pięknie zapowiadający się zimowy dzień. Zimowy oczywiście, to na Florydzie znaczy, że nie pada deszcz i temperatura spada do 20 stopni Celsjusza na plusie. Słońce powoli wstawało, kiedy nasze BMW cięło niczym brzytwa równą powierzchnię autostrady międzystanowej I-75 w kierunku północnym. Dzień leniwie budził się do życia a słońce powoli zaczynało oświetlać czarną jak smoła wstęgę autostrady. Palmy, drzewa, parę mniejszych drzew, które to na zimę zrzuciły liście i rosa pobłyskująca na pagórkach i wybiegach stadnin konny w okolicy Ocala. Taki widok towarzyszył nam praktycznie przez całą drogę, bo Nowy Orlean, choć znajdował się w innym stanie, to praktycznie na tej samej szerokości geograficznej co nasz dom na Florydzie. Mile mijały a wraz z nimi mijaliśmy kolejne stany. Alabama, którą przejechaliśmy bardzo szybko, następnie Missisipi, gdzie z autostrady zjechaliśmy na niewielką drogę lokalną ciągnącą się wzdłuż północnego wybrzeża Zatoki Meksykańskiej, aż na koniec wjechaliśmy do Luizjany. To właśnie w tym stanie znajduje się Nowy Orlean. Kiedy dojeżdżaliśmy do miasta mijaliśmy typowe dla Luizjany bagna i rosnące na wodzie drzewa wyłaniające się ponad ciągnącą się w nieskończoność nitkę autostrady.
Wjechaliśmy do miasta.
Sam Nowy Orlean to miasto raczej sporej wielkości, dwa razy większe od Warszawy a zamieszkuje je mniej osób niż Szczecin. Ścisłe centrum to oczywiście wieżowce, biznes, hałas i korki. Przedmieścia to luźno i słabo zaludnione obszary, częściowo bagienne i mało żyzne. W samym centrum natomiast znajduje się Stare Miasto, które podobnie jak St. Augustine, również zostało założone przez emigrantów, tyle że nie z Hiszpanii a z Francji i od roku 1772 miast stało się stolicą francuskiej Luizjany. Tak samo jak w najstarszym mieście USA, również i w Nowym Orleanie, zwłaszcza na jego starówce widać ogromne wpływy kultury francuskiej. Przechadzając się małymi uliczkami można naprawdę poczuć się jak na francuskiej prowincji. Kolorowe zabudowania z okazałymi tarasami na piętrze, bogato zdobione bramy wejściowe i dachy przenoszą nas w świat Francji sprzed trzech wieków. Liczne hoteliki i restauracje kuszą turystów i zapewniają schronienie przed zabójczą wręcz latem wilgotnością unoszącą się w powietrzu. Niestety, choć zima na południowym wschodzie USA to czas generalnie suchy, to mieliśmy pecha i w Luizjanie przez cały dzień towarzyszył nam deszcz. Choć kolorowe domy cudnie ubarwiały smutny i deszczowy dzień, to my przemykaliśmy się od jednego balkonu do kolejnego, starając się nie zmoknąć. Zupełnie nie świadomi, trafiliśmy do największego miasta Luizjany akurat w okresie Mardi Gras, czyli karnawałowego święta, które to właśnie w Nowym Orleanie wybucha z pełną mocą właśnie w Lutym. Miasto wówczas przepełnia muzyka, zabawa i taniec. Jednakże, do kolejnej w tym okresie parady w mieście musieliśmy jeszcze poczekać do wieczora, więc, aby zabić jakoś czas i uniknąć przemoczenia do suchej nitki skierowaliśmy się na lokalny, staromiejski targ. Miejsce to funkcjonuje do dziś, zaopatrując lokalnych mieszkańców oraz przedsiębiorców w najróżniejsze towary i ryby z okolicznych akwenów. Jako że zbliżał się czas obiadu, postanowiliśmy coś przekąsić. Jeżeli chodzi o mnie, ja zdecydowanie preferuję dania tradycyjne i znane mi przekąski. Może dla tego, że nie lubię eksperymentować, a może też dla tego, że boję się rozczarowania, zwłaszcza kiedy głód opanowuje mnie i odbiera logiczne myślenie. Luiza natomiast uwielbia próbować nowych rzeczy. Co za tym idzie, ja na lunch wybrałem hamburgera, a moja żona, smażonego na głębokim tłuszczu aligatora. Chwilę jej zajęło, aby zmusić mnie do spróbowania tego lokalnego specjału, ale dałem się ubłagać i zatopiłem zęby w mocno panierowanym i wysmażonym, małym kwadratowym kąsku. Aligator smakował, cóż, jak kurczak i ryba w jednym. Delikatne białe mięso rozpadało się w buzi a chrupkości dodawała dobrze przyprawiona panierka. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że to właśnie mocne przyprawy są głównym elementem kuchni Luizjany, ponieważ w czasach niewolnictwa i powszechnego głodu, ludzie smażyli praktycznie co się dało. Niekiedy nawet mięso, które nie było już pierwszej świeżości. Właśnie dla tego używali dużo przypraw, aby zamaskować nieprzyjemny zapach powoli psującego się produktu.



Po lunchu deszcz ustał. Chociaż niebo nadal spowijały gęste chmury, spacer po starówce stał się bez porównania przyjemniejszy. Poszliśmy nad rzekę Missisipi, gdzie nawet dzisiaj można dostrzec na wodzie kilka parowców wożących turystów po największej rzece USA. Potężne, czerwone koła łopatowe wzburzają wodę a dwa kominy wznoszące się ponad dach najwyższego pokładu statku buchają parą dokładnie tak samo, jak było to lata temu, kiedy to lokalni plantatorzy i miejscy bogacze zabijali czas i upał na wodzie. Do wieczora jeszcze chwila, więc wybraliśmy się na kawę. Oczywiście nie do jednej ze znanych na całym świecie amerykańskich sieciówek, ale do jednej z najstarszych w USA kawiarni, funkcjonującej przy jednej z głównych ulic Nowego Orleanu nieprzerwanie od roku 1862. Cafe Du Monde. Kawiarnia, choć całkiem spora, przywitała nas kolejką. Wyboru też wielkiego w menu nie uświadczyliśmy, ale zauważyliśmy, że dokładnie każda osoba przed nami zamawiała to samo; beginet i kawę. Również i my zamówiliśmy ten zestaw. Nie ma co oszukiwać, było pysznie! Delikatne ciastko rozpływało się w ustach a pozostały na języku cukier puder cudownie zmywała kawa. Niestety nie dane nam było delektować się tym smakołykiem zbyt długo, bo kolejka kolejnych chętnych na miejsce siedzące rosła bez przerwy, a każde wolne krzesło znikało w mgnieniu oka. Wieczór był coraz bliżej, a my po zwiedzeniu historycznego cmentarza, wróciliśmy na ulice miasta, aby wziąć udział w paradzie poprzedzającej kulminacyjną zabawę w Mardi Gras. Choć w Nowym Orleanie, muzykę słychać na każdym kroku, parada sprawiła, że przed głośnymi dźwiękami płynącymi z ogromnych głośników nie było, gdzie uciekać. Choć głośno, zabawa była przednia. Łapaliśmy dziesiątki kolorowych, plastikowych korali rzucanych przez uczestników parady, słuchaliśmy muzyki i cieszyliśmy oko rozświetlonymi blaskiem ulicznych latarni oraz światłami paradnych platform domów. Czas mijał, a w raz z nim i parada dobiegała końca. Gapie rozchodzili się do hoteli lub do barów. Muzyka cichła powoli informując nas, że ten dzień kończy się i powoli należy wracać do hotelu.




Opuściliśmy miasto patrząc jak światła starówki i kontrastujących z zabytkowymi zabudowaniami wieżowców znikają za kolejnymi zakrętami w lusterkach naszego samochodu.
Późnym wieczorem dojechaliśmy do hotelu. Chwilę trwało zanim zdjęliśmy z szyj setki kolorowych korali rzucanych przez uczestników parady.
Sen przyszedł szybciej niż się spodziewaliśmy dając nam nadzieję na kolejny udany dzień.
Wspomnienia z Nowego Orleanu a zwłaszcza jego Starego Miasta to na pewno chwile i wrażenia, jakich nie moglibyśmy przeżyć nigdzie indziej. Zarówno to miasto jak i St. Augustine jasno pokazuje, że Stany Zjednoczone Ameryki, to kraj, który jest mieszanką kultur. Mieszanką, gdzie każda nacja starała się wnieść to co ma najlepszego. Czy z udanym skutkiem? To już musicie ocenić sami.





Dodaj komentarz