Popołudniowa kawa w cieniu wulkanu – Gwatemala

Zawsze będę to powtarzał- Najlepszym sposobem na zwiedzenie świata jest rejs statkiem. Kładę się spać w Miami, budzę się w Nassau na Bahamach albo żegnam dzień pośrodku Pacyfiku, aby wczesnym rankiem przywitać świt w porcie Zihuatanejo w Meksyku. Byliśmy już z Luizą na wielu rejsach. I na Karaibach, i na Bahamach, i na Alasce (o czym już prawdopodobnie czytaliście na moim blogu) i na Kajmanach czy w Hondurasie. Każde z tych miejsc było wyjątkowe. Dzięki popularnym w USA rejsom zwiedziliśmy naprawdę kawał świata, a kolejne jego tajemnie już na nas czekają. O samym rejsie i tym jak taka przygoda wygląda, poświęcę dla Was niebawem cały wpis na tym blogu. A tym czasem, przenieśmy się na pokład statku, który wraz z nami i kilkoma tysiącami innych pasażerów, wczesnym, wiosennym rankiem zbliżał się do portowego nabrzeża w miejscowości Puerto Quetzal w Gwatemali. 

Z okien pokładu śniadaniowego przez które wdzierało się ostre, poranne słońce Ameryki Środkowej zaczął wyłaniać się brzeg. Jeszcze parę łyków kawy, dwa czy trzy kęsy pozostałej na moim talerzu jajecznicy i już szykować będziemy się do zejścia na ląd. Z porannej mgły wyłaniały się pojedyncze drzewa, niewielkie zabudowania i portowe żurawie. Z każdym kolejnym łykiem porannej kawy byliśmy co raz bliżej kolejnej przygody.

Potężnym statkiem niemalże niewyczuwalnie zakołysało. Był to znak, że portowe cumy już zostały zaczepione i niebawem ciężkie, przeciwpowodziowe grodzie i drzwi naszej łajby otworzą się, pozwalając nam postawić stopę w kolejnym kraju który dane nam będzie odwiedzić. A stopy nasze miały stanąć właśnie w Gwatemali. Położonym w Ameryce Środkowej kraju, którego powierzchnia to zaledwie tyle, co jedna trzecia Polski i który zamieszkuje mniej więcej tyle ludzi, co mniej niż połowa populacji kraju nad Wisłą.

Odstawiłem talerz i kubek z resztkami porannej kawy i skierowałem się w stronę wyjścia na jeden z pokładów obserwacyjnych na statku. Nacisnąłem klamkę i z wysiłkiem pchnąłem ogromne i ciężkie drzwi. Blask przyćmionego przez poranną mgłę słońca oślepił mnie a w nozdrza uderzył mnie niczym obuch zapach węgla. Zdziwiło mnie to, bo raczej nie tego spodziewałem się po tym kraju. Mgła z każdą chwilą ustępowała ukazując naszym oczom budzące się do życia Puerto Quetzal. Samo miasto to przede wszystkim największy port Gwatemali. I nie dało się tego nie zauważyć. Dzień jeszcze dobrze nie rozpoczął się, a w kolejce do portu stały już dziesiątki ciężarówek gotowych do zabrania ładunków w głąb kraju i kontynentu. Pracownicy portu w jaskrawo-żółtych kamizelkach niczym kolorowe mrówki, biegali w pośpiechu między kontenerami i pojazdami portowymi. Gwar, hałas i zapach węgla, to pierwsze co przywitało nas w Gwatemali. 

Zeszliśmy na ląd. Szybko minęliśmy portową strefę bezcłową, kuszącą turystów najróżniejszymi pamiątkami oraz towarami i udaliśmy się na postój taksówek. W sumie było nas 7 osób, gotowych do wypełnienia jednej z lokalnych taksówek, a właściwie busa, który to swoje najlepsze lata eksploatacji po bezdrożach Ameryki Środkowej miał już dawno za sobą. Szczęśliwie, klimatyzacja dawała radę i już po chwili, gdy kierowca zamknął wielkie, przesuwne drzwi, środek auta wypełnił miły chłód, dając nam wytchnienie od upału i wszechobecnego w porcie zapachu węgla. Jak się okazało, sam kierowca nie mówił w żadnym innym języki poza hiszpańskim, a moja znajomość tegoż języka była raczej mocno minimalna. Na szczęście, w busie, towarzyszyła nam lokalna, certyfikowana przez Gwatemalską Izbę Turystyki pani przewodnik, z którą to bez problemu dogadaliśmy się po angielsku. 

Samochód ruszył. Cała przerdzewiała karoseria, na jeszcze bardziej przerdzewiałym podwoziu zakołysała się i pojazd ruszył w stronę portowego szlabanu. Szybka identyfikacja kierowcy i opuściliśmy strefę celną. Ulice Puerto Quetzal żyły już pełnią życia. Samochody wyprzedzały się i trąbiły na siebie, niezależnie czy była taka potrzeba czy też nie. Małe skutery przemykały się raz z lewej a raz z prawej strony naszego busa mknąc w nieznane. Po chwili z za zakrętu, wyłoniły się ogromne wręcz góry węgla. Zapewne to one były głównymi sprawcami specyficznego zapachu jaki panował w mieście. 

Jechaliśmy dalej. Co prawda byliśmy już na autostradzie, ale droga sprawiała wrażenia raczej gminnej, zapomnianej przez czas i ludzi arterii komunikacyjnej. Oczywiście, dwa pasy w każdą stronę i szeroko, ale doły i dziury w nawierzchni sprawiały, że sfatygowany busik którym mknęliśmy w głąb lądu z każdą kolejną milą tracił odrobine swojej pordzewiałej karoserii, zostawiając na asfalcie niewielkie, rdzawe ślady metalu. Ogromne ciężarówki, które zarówno w Polsce jak i w USA nie miałyby nawet odrobiny szansy, ze względu na swój stan techniczny, aby wyjechać na drogi ciągnęły dziurawą autostradą do stolicy Gwatemali – Gwatemala City. Ruch powoli zmniejszał się, a my zjechaliśmy na lokalne drogi, które to o dziwo, były w o wiele lepszym stanie niż rozjeżdżona przez wielotonowe potwory autostrada. Puste przestrzenie nizin zaczęły ustępować miejsca sadom i plantacjom kawy. Pojedyncze drzewa pojawiały się co raz częściej, a my wjeżdżaliśmy coraz wyżej. Z okien busa dało się dostrzec pierwsze wulkany, których to w Gwatemali jest bez mała trzydzieści. Potężne, sięgające niemalże nieba giganty, które to w jednej chwili mogą zniszczyć nawet całe miasta. Jechaliśmy drogą, która przechodziła nieopodal zniszczonych podczas erupcji terenów. Budzące się nieśmiało do życia rośliny smutno obrastały martwy i czarny język zastygłej lawy. Smutny widok. 

Jechaliśmy dalej, a widoki co raz bardziej zaczynały nam przypominać, że jesteśmy w Ameryce Środkowej. Duże skupiska leśne przeradzały się w lasy, przeplatane plantacjami kawy i mniejszymi oraz większymi miejscowościami. My natomiast byliśmy już prawie na naszym pierwszym miejscu docelowym- Plantacji kawy Finca La Azotea.

Busik zakołysał się, kiedy jego koła zatrzymały się na żwirowym parkingu obok wejścia na plantację kawy. Wysiedliśmy na zewnątrz, gdzie przywitał nas miły, chłodny wiatr. Sfatygowany busik wwiózł nas dość wysoko. Weszliśmy na teren plantacji. Bilety kupione. Mieliśmy jeszcze 20 minut zanim rozpocząć miał się nasz spacer z przewodnikiem, więc udaliśmy się do kawiarni, gdzie serwowano kawę, z nasion, które wyrosły właśnie na plantacji, którą odwiedziliśmy. Lekko kwaskowaty smak pieścił mój język a ja delektowałem się smakiem tego najpopularniejszego na świecie napoju patrząc na majaczący w oddali wulkan. Niesamowite doświadczenie. Nie była to najlepsza kawa jaką w życiu piłem, ale na pewno jej wspomnienie zostanie ze mną na długie lata. Wycieczka po plantacji rozpoczęła się. Najpierw sad, gdzie rosną nasiona kawy. Zobaczyliśmy, jak się sadzi rośliny, jak się je pielęgnuje, oraz że krzewy kawy, przeplata się z innymi roślinami, które to mają za zadanie dawać cień bardziej wrażliwym i delikatniejszym sadzonkom, które to w przyszłości zaowocują nasionami kawy. Z Sadu przeszliśmy na plac, gdzie kawa, jeszcze jako miękkie, białe nasionka suszy się, a następnie do palarni, gdzie kawa uzyskuje już znany nam wszystkim doskonale swój ostateczny wygląd. Na koniec oczywiście sklepik, ale oczywistością jest, że popełnilibyśmy niemalże zbrodnię, gdybyśmy nie kupili kilku woreczków kawy, którą jeszcze nie tak dawno ktoś z okolicznych krzewów zbierał, suszył a następnie pakował, abyśmy mogli teraz cieszy się smakiem pobudzającego do życia naparu.

Zardzewiały busik ruszył dalej w stronę miasta Antigua- jednego z najstarszych miast na mapie Gwatemali. 

Po chwili dojechaliśmy na miejsce. Palące słońce południa nie dawało wytchnienia, a stare mury miasta, chłonęły lejący się z nieba żar tylko po to, aby po chwili oddać go ze zdwojoną mocą przybywającym masowo do miasta turystom. 

Założone w 1543 miasto Antigua stało się ważnym ośrodkiem administracyjnym dla lokalnych hiszpańskich kolonii, a wpływy architektury rodem z półwyspu iberyjskiego widać na każdym kroku.

Główną atrakcją miasta jest szeroka, brukowana ulica, wiodąca w stronę swego rodzaju bramy i stojącego za nią kościoła. Klimatyczne bary i restauracje kuszą przechodnia zapachami i specjałami lokalnej kuchni, a liczne bary dają przybywającym z różnych stron świata ludziom wytchnienie od słońca i szansę, aby zaspokoić pragnienie w upalny dzień. Kolorowe ściany budynków umiejscowionych wzdłuż ulicy kontrastują z potężnym wulkanem, w stronę którego biegnie droga. Szkoda, że mimo iż byliśmy w Gwatemali w kwietniu, to temperatury były iście lipcowe… i to mam na myśli tutaj lipiec na Florydzie a nie w Warszawie! 

Choć spacer po mieście nie trwał długo, pogoda dała nam się mocno we znaki i późnym popołudniem zmierzaliśmy naszym rozklekotanym busem z powrotem w stronę Puerto Quetzal. Mijaliśmy znowu potężne wulkany, których to zbocza żegnały nas odbijając promienie popołudniowego słońca. Dotarliśmy do naszego celu niewiele ponad godzinę przed odpłynięciem statku. Przeszliśmy się jeszcze po strefie bezcłowej, ale tandetne pamiątki krzyczące ze straganów naklejkami „Made in China” nie mogły się nawet choć odrobinę równać z niesamowitymi widokami i wrażeniami jakich doświadczyliśmy tego dnia. 

Wsiedliśmy na statek a słońce chowało się już za widnokręgiem. Kolejny dzień dobiegał końca, co znaczyło, że przed nami, już jutro kolejna przygoda… ale to już temat na zupełnie inny wpis na tym blogu…

Dodaj komentarz