Przez miasta w rytmie kolęd i aromatach grzańca, langosza oraz pieczonej kiełbasy – Wizyta na Świątecznych Jarmarkach w Warszawie, Gdańsku, Szczecinie, Berlinie i Poznaniu.

Święta za pasem. W wielu Polskich domach trwają ostatnie przygotowania do Wigilijnej kolacji. Jak co roku, przy wspólnym stole ponownie zasiądą całe rodziny i przełamią się opłatkiem. Wigilijną atmosferę jak przez lata budować będzie Karp, Pierogi z kapustą i grzybami czy kutia. To już za chwilę. Jednakże świąteczna atmosfera to nie tylko wigilia i dwa dni świąt. Wiele miast, nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie postarało się rozbudzić w swych mieszkańcach ducha Bożego Narodzenia o wiele wcześniej niż 24 Grudnia. Już od kilku tygodni w wielu miejscach, na centralnych placach czy skwerach metropolii całego świata, rozbłysły tysiącami lampek kolorowe choinki i dekoracje. Na uliczkach miejskich „starówek” wyrosły drewniane chatki kuszące przechodniów najróżniejszymi smakołykami i rękodziełem lokalnych twórców. Starsi i młodsi mogą spróbować swych sił na lodowiskach i w różnorakich grach zręcznościowych. Świąteczna atmosfera aż wylewa się przez brukowane ulice zabytkowych najczęściej dzielnic miast, przyciągając do siebie ludzi. Również i my daliśmy się złapać na ten świąteczny haczyk i wyruszyliśmy w tygodniowy objazd po Polskich i nie tylko, Jarmarkach Świątecznych. Odwiedziliśmy Warszawę, Gdańsk, Szczecin, Berlin oraz Poznań. A gdzie było najładniej, gdzie najmocniej poczuliśmy Ducha Świąt i co możemy Wam polecić, dowiecie się już za chwile.

Na łyżwach dookoła Warszawskiej Syrenki – Jarmark Świąteczny w Warszawie.

Stolica Polski. Moja ukochana Warszawa. Miejsce najbliższe z bliskich mojemu sercu. Tutaj się urodziłem, wychowałem, chodziłem do szkoły. W Warszawie poznałem Luizę i tutaj też razem mieszkaliśmy zanim wyjechaliśmy do Stanów Zjednoczonych. Kiedy nasza przygoda za oceanem dobiegła końca, wróciliśmy, a jakże, oczywiście do Warszawy. I ledwie parę tygodni po naszym powrocie na Placu Zamkowym w Stolicy tysiącem światełek rozbłysła Bożonarodzeniowa Choinka. Ruszyliśmy więc na Starówkę, aby sprawdzić, jak Świąteczny Jarmark wpisuje się w mury starej Warszawy. 

Na Stare Miasto dotarliśmy na piechotę. Bardzo lubimy spacerować a z naszego mieszkania na Żoliborzu wystarczy jedynie czterdziestominutowy spacer, aby znaleźć się pod Kolumną Zygmunta. W pierwszą sobotę po zapaleniu świątecznych światełek w Warszawie zdecydowanie nie tylko my chcieliśmy poczuć ducha Świąt. Na starówkę ruszyły tłumy Warszawiaków. Ludzi było tak wiele, że niemożliwym było choćby zbliżenie się odrobinę do kolorowych straganów czy punktów gastronomicznych. Postanowiliśmy odpuścić i wróciliśmy na Jarmark po kilku dniach w środku tygodnia. W Stolicy, Jarmark Bożonarodzeniowy podzielony jest jakby na dwie części. Pierwsza, mniejsza to pojedyncza aleja z punktami gastronomicznymi oraz rękodziełem ciągnąca się od Placu Zamkowego prawie aż do Bramy Barbakanu wzdłuż jego murów. Druga część zajmuje praktycznie cały Rynek Starego Miasta. Na wejściu w aleję drewnianych domków ze smakołykami przywitały nas góralskie serki. Surowe albo grillowane. Dalej oczywiście grzane wino, zapiekanki i kanapki. Zdecydowanie każdy znajdzie coś dla siebie. Pojedyncze punkty z upominkami oraz rękodziełem przerywają co chwilę ciągnący się rząd pachnących z daleka punktów gastronomicznych. Jest wąsko i ciasno nawet w tygodniu. Miejsca starczy ledwo dla dwóch osób, aby minąć się między innymi przechodniami. Ceny, rzekłbym zaporowe; kubeczek grzańca za 20 złotych to minimum. Mały serek góralski za 5 złotych a grillowany za 8. Zapiekanki za 25 złotych i kanapki w tej samej cenie. Aż szok, że na jarmarku, dwie osoby muszą wydać tyle samo pieniędzy co w dobrej restauracji, aby zaspokoić apetyt. Ruszamy dalej na Rynek Starego Miasta. Tutaj na samym środku placu wita nas lodowisko. Dziesiątki uśmiechniętych Warszawiaków ślizga się na łyżwach wokół Warszawskiej Syrenki przewracając się na śliską taflę lodu co chwilę z uśmiechem na ustach. Dookoła lodowiska ponownie drewniane chatki z przekąskami i napojami rozgrzewającymi. Pajda chleba ze smalcem i ogórkiem znowu swoją ceną zwala nas z nóg. Za taki przysmak trzeba w Warszawie zapłacić 15 złotych, a sama „pajda”, to raczej przeciętnej wielkości kromka, zleżałego od rana pieczywa. Próżno szukać tu chrupkości świeżego chleba. Obok budka z napojami, kieliszek wódki 10 złotych. Czy to drogo? Cóż, tyle co w restauracji, a my wciąż jesteśmy na otwartej przestrzeni wśród innych punktów gastronomicznych, gdzie jedynie kilka drewnianych wysokich stołów umożliwia spokojne zjedzenie zakupionych wiktuałów. Pomijając jednak wszechobecną drożyznę czuć klimat świąt. Ludzie nie śpieszą się i widać radość na ich twarzach. Stare, Warszawskie kamienice dodają uroku temu miejscu. Brakuje tylko śniegu. Niesieni nutami świątecznych przebojów oddalamy się od Rynku Starego Miasta i znikamy za murami Barbakanu. Do zobaczenia starówko!

Z „oscypkiem” i ciupagą pod fontanną Neptuna – Jarmark Świąteczny w Gdańsku.

Jako pierwszy postój na naszej jarmarkowej trasie wybraliśmy Gdańsk. Pomorze jednak, przywitało nas deszczem oraz wręcz prawie huraganowym wiatrem. Najpierw szybki postój na Westerplatte, gdzie wiatr aż łamał gałęzie wielkich drzew a widoczne z dala wody Bałtyku kołysały na swych falach potężnymi statkami na Zatoce Gdańskiej. Następnie szybki przejazd do centrum miasta i zameldowanie w Hotelu na Starówce. Zostawiamy auto, szybki prysznic i ruszamy w miasto. Jest jeszcze jasno, więc naszą wizytę w Gdańsku zaczynamy od dobrej kawy i spaceru po starym mieście. Dawno nas tutaj nie było, więc widoki odnowionych spichlerzy zaadaptowanych na mieszkania, nowy most pieszy oraz odnowione kamienice sprawiają, że powoli zaczynamy zakochiwać się w Stolicy Pomorza. Na obiad siadamy w barze mlecznym a z nastaniem zmroku ruszamy na Bożonarodzeniowy Jarmark. Tutaj znów, jak w Warszawie, jarmark podzielony jest na dwie części. Na placu zwanym Targ Węglowy znów witają nas dziesiątki drewnianych domków serwujących przysmaki oraz rękodzieło. Druga część jarmarku, czeka na nas po drugiej stronie Gdańskiej Złotej Bramy. Jarmark zajmuje na prawdę sporo miejsca. Są oczywiście punkty z góralskimi serami, grzańcem czy węgierskim langoszem, ale największą atrakcją tego miejsca jest jeden z wielu, podobnie wyglądających drewnianych domków, gdzie w tyle budynku, na okazałym rożnie kręci się dorodny świniak. Zapach pieczonego mięsa czuć już z daleka, a kolejna, aby spróbować tego przysmaku wymaga kilku dobrych minut oczekiwania. Niestety, za średniej wielkości porcję prosiaka dla jednej osoby, zapłacić trzeba sporo ponad 50 złotych. Cena zdecydowanie wysoka, ale z drugiej zaś strony, kiedy następnym razem, dane będzie nam spróbować mięsa, skrojonego z obracającego się nad rozżarzonymi węglami świniaczka? Ruszamy dalej. Ceny serków, grzańca czy zapiekanek dokładnie takie same jak w Warszawie. W północnym końcu jarmarku stoi oświetlona łagodnym światłem scena, gdzie prawdopodobnie w weekendy spotkać można Mikołaja i posłuchać lokalnych artystów. Przechodzimy Złotą Bramę i wkraczamy na drugą stronę. Tutaj ludzi jest trochę mniej. Skuszeni zapachami i dość dużą kolejką decydujemy się spróbować langosza; węgierskiego przysmaku z ciasta smażonego na głębokim tłuszczu. Wybieramy opcję z czosnkiem, wszak czosnek ma zbawienny wpływ na organizm i odporność, a w zimowy czas, dbanie o odporność jest bardzo ważne. Jest smacznie. Langosz chrupie i czuć intensywny smak czosnku. Szkoda, że tak szybko znika w naszych brzuchach. Jak za 15 złotych, jest on zdecydowanie za mały. W Gdańsku znowu nie ma śniegu. Jest, jednakże cudowny Świąteczny klimat. Chociaż ceny znów potrafią przyprawić o zawał, to warto tutaj przyjść choćby tylko na spacer i poczuć Bożonarodzeniową atmosferę Pomorza. Ponownie, otuleni aromatem grzańca kierujemy się do hotelu. Jutro ciąg dalszy podróży.

W Szczecinie, Paprykarzu nawet na Jarmarku Bożonarodzeniowym nie mogło zabraknąć! – Jarmark Świąteczny w Szczecinie

W Szczecinie byliśmy po raz pierwszy w życiu. Zatrzymaliśmy się w mieszkaniu należącym do naszych znajomych w ikonicznym dla Szczecina Hansa Tower w samym centrum miasta. Z balkonu położonego na 14 piętrze mieszkania roztaczał się widok na większość miasta oraz stocznię szczecińską. Nie było jednak z owego balkonu widać samego Jarmarku Bożonarodzeniowego, na który wybraliśmy się wczesnym wieczorem. Jarmark położony jest wzdłuż Alei Jana Pawła II na przestrzeni oddzielającej pasy ruchu w dwóch kierunkach. Tutaj jest mniej miejsca niż w Gdańsku czy Warszawie. Na Jarmark weszliśmy na jednym z jego krańców i przeszliśmy się do samego końca. Na początku oczywiście przywitał nas grzaniec- jak się okazuje nieodłączny element wszystkich Jarmarków Świątecznych. Tutaj nieco taniej niż w Stolicy czy Gdańsku, bo już za 15 złotych. Oferta gastronomiczna to naturalnie pajda ze smalcem, langosz, kiełbasa i serki. Ceny, jednakże o około 10 – 15 procent mniejsze niż na poprzednich dwóch jarmarkach. Cóż, taniej nie znaczy tanio. Moim zdaniem nadal kubeczek grzańca 0,2 litra za 15 złotych to trochę dużo, zwłaszcza, że litrowa butelka tego specjału w sklepie to koszt niecałych 16 złotych. Ruszamy dalej wzdłuż ciągnącego się szpaleru drewnianych chatek i kramików. Lokalni rzemieślnicy tutaj również sprzedają swoje rękodzieło, zabawki i pamiątki. Na drugą część jarmarku przechodzimy przez ruchliwą ulicę dookoła ronda. Na samym wejściu ponownie na spacerowiczów czeka grzaniec. Na Szczecińskim jarmarku jest o wiele ciaśniej niż w Gdańsku a gęste drzewa zamykają się nad głowami przechodniów pokryte siatkami światełek. W nosy uderzają mieszające się aromaty płynące z punktów gastronomicznych. Na końcu deptaku świecące setkami kolorów koło zapraszające chętnych do sprawdzenia na własne oczy jak Szczecin wygląda z wysokości kilku metrów. W połowie jednak szpaleru drewnianych chatek, charakterystycznym aromatem kusi i zaprasza za razem chyba największy i najbardziej rozpoznawalny symbol Szczecina – Paprykarz. Sprzedawany tutaj w słoikach z dodatkiem różnych przypraw oraz aromatów przyciąga rzesze turystów. Jednakże, znowu, cena zniechęca do zakupu. Mały słoiczek rybnego przysmaku za 25 złotych. Ja rozumiem, że to lokalny specjał, ale czy naprawdę cena jest adekwatna do otrzymanego produktu? Opuszczamy jarmark kontynuując nasz spacer po Szczecinie. Chyba zwiedziliśmy miasto dość dobrze, bo mój zegarek na koniec dnia poinformował mnie, że przeszedłem aż 33000 kroków. Wieczorem, po wizycie w saunie i na basenie padliśmy na łóżko a sen przyszedł nawet nie wiadomo kiedy. Musieliśmy dobrze wypocząć, bo następnego dnia ruszaliśmy w dalszą drogę w odkrywaniu Jarmarków Świątecznych Europy.

Jarmark niosący zapach niemieckich kiełbasek i berlińskiego kebaba – Jarmark Świąteczny w Berlinie

Do Stolicy Niemiec przyjechaliśmy w południe. Od razu utknęliśmy w korkach. Przesuwając się w żółwim tempie parliśmy na przód w stronę Potsdamer Platz. Zanim jednak zatrzymaliśmy się w celu odwiedzenia Świątecznego Jarmarku, postanowiliśmy skierować się w stronę jednego z lokalnych kebabów, uznanego przez pewnego znanego Polskiego Youtubera za „najlepszy kebab na świecie”. Ruyam Gemuse Kebab- tak nazywa się wychwalany przez wspomnianego młodzieńca oraz jego towarzyszy pod niebiosa przybytek serwujący typowy berliński Gemuse Kebab. Nie chcę teraz wchodzić w szczegóły tej wizyty, ale obiecuję, że wkrótce na tym blogu, pojawi się również i relacja z tego kulinarnego wydarzenia. Powiedzmy więc, że najedzeni dojechaliśmy na Potsdamer Platz i zaparkowaliśmy auto na parkingu nieopodal. Weszliśmy na Jarmark. Tutaj również króluje grzaniec. Do jedzenia kiełbaski, tradycyjne niemieckie currywurst, bratwurst czy szaszłyki. Nie zabrakło również węgierskiego langosza. Przy samym wejściu przybyłych wita wysoka na kilka pięter ślizgawka, gdzie zjechać w dół można na dmuchanych kołach. Szkoda, bo również i w Berlinie śniegu nie było choćby odrobinę. Ceny natomiast, jak na warunki niemieckie moim zdaniem, były całkiem przystępne. Bez wchodzenia w detale, ceny jak w Polsce, ale w Euro, czyli kubek grzańca za 5 Euro. Myślę, że jak na portfele naszych zachodnich sąsiadów, to nie jest to wydatek, który może mocno uszczuplić ich świąteczny budżet. Kiełbaski smażące się w drewnianych domkach wyglądały pysznie i świeżo. Aż chciałoby się spróbować każdego z serwowanych tutaj dań. Niestety, nad Berlinem zbierały się deszczowe chmury i z jarmarku przegonił nas deszcz. Opuściliśmy więc stolicę Niemiec i skierowaliśmy się w kierunku Polski. Po drodze zrobiliśmy zakupy w jednym z lokalnych supermarketów i po dłuższej chwili już przekroczyliśmy granicę na Odrze. Zmierzaliśmy w stronę ostatniego z przystanków na naszej mapie tej podróży. Do Poznania.

Koziołki na rynku, pyry i świąteczne światełka – Jarmark Świąteczny w Poznaniu.

Do Poznania dojechaliśmy wieczorem. Miasto było już pogrążone w mroku nocy, kiedy przemierzaliśmy ulice Poznańskiej starówki w drodze do naszego hotelu. Szybko znaleźliśmy miejsce naszego noclegu i ruszyliśmy na spacer. Nigdy wcześniej nie byłem w Poznaniu. Tym bardziej wizyta w Stolicy Wielkopolski sprawiła mi radość i przyjemność. Może Warszawiak nie powinien tego mówić, ale samo miasto a zwłaszcza starówka podobała mi się i to bardzo. Podobnie jak Świąteczny jarmark na Placu Wolności w centrum miasta. Setki Świątecznych światełek już z daleka były swoistym drogowskazem kierującym zbłąkanych turystów w stronę Jarmarku. Sam jarmark prezentował się bardzo czysto i czytelnie. Oczywiście sekcja gastronomiczna nie różniła się zbytnio od innych, ale przestrzeń przeznaczona na jarmark była obszerna i umożliwiała każdemu swobodne przemieszczanie się między drewnianymi budynkami z przekąskami i pamiątkami. Podobnie jak w Szczecinie, tutaj na chętnych również czekało wielkie koło z którego podziwiać można panoramę całego Jarmarku. Ceny podobne do tych jak w stolicy województwa Zachodniopomorskiego. Na grillach znów wesoło posykują kiełbaski i serki a głęboki olej otula skwierczące langosze. Ogromnym plusem Poznańskiego Jarmarku była przestrzeń, która, mimo iż rozłożysta, sprawiała wrażenie przytulnej i ciepłej. Niestety, w Wielkopolsce, znów śniegu nie było. Mało tego, kiedy przyjechaliśmy do Poznania, temperatura wynosiła aż 12 stopni Celsjusza, więc czuliśmy się bardziej jak na wiosennym spacerku a nie jak na zimowym Jarmarku Świątecznym. Mimo, iż był środek tygodnia, Jarmark tętnił życiem i odwiedzających nie brakowało. Przeszliśmy się dookoła i skierowaliśmy się do jednej z lokalnych restauracji spróbować Poznańskich przysmaków. Do hotelu wróciliśmy późnym wieczorem i szybko zasnęliśmy. Nazajutrz ruszamy w drogę do Warszawy. Nasza podróż dobiegła końca, kiedy następnego dnia, w południe poznańskie koziołki na ratuszowej wieży zegarowej zderzyły się rogami, a my zatrzasnęliśmy drzwi samochodu i wyjechaliśmy na autostradę A2 w stronę stolicy. Do domu dojechaliśmy wieczorem. Pora na krótki odpoczynek, bo za chwilę, trzeba zakasać rękawy do pracy przy świątecznych przygotowaniach do Wigilii.

Naszą wycieczkę uważam za bardzo udaną. Odwiedziliśmy w sumie pięć Jarmarków Świątecznych i wynieśliśmy z tej podróży jeden jasny wniosek. Bez względu na to czy będziemy w Warszawie, Szczecinie, Poznaniu czy Gdańsku, wszędzie czekać na nas będzie na dobrą sprawę to samo. Nieodłącznym elementem każdego jarmarku jest grzaniec, pajda chleba ze smalcem, serki z gór i langosz. Wszędzie te przysmaki smakują i kosztują praktycznie tak samo. Oczywiście gdzieniegdzie można spotkać jedno czy dwa stoiska z produktem typowym dla danego regionu lub wyjątkowym w danym miejscu, jednakże, to wciąż w większości te same smaki i zapachy. Jeżeli więc planujesz wycieczkę z nastawieniem i planem na spróbowanie lokalnych specjałów na Jarmarkach Świątecznych, to możesz się drogi czytelniku lekko rozczarować. Wszędzie czeka na Ciebie praktycznie to samo. Najważniejsze, jednakże jest to, iż bez względu na miejsce, gdzie byliśmy, wyraźnie czuć było świąteczny klimat i charakter zbliżających się świąt. I wiesz co? Chyba właśnie o to chodzi- o klimat i urok Bożego Narodzenia. I chociaż za przekąski i napitki trzeba wszędzie słono zapłacić, to wrażenia i doznania ze Świątecznych Jarmarków są darowe! 

Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia, życzę wszystkim Wam drodzy czytelnicy Wesołych Świąt i wielu wspaniałych podróży. Bądźcie zdrowi i odkrywajcie Świat z uśmiechem na twarzy!  

Dodaj komentarz