
Mówisz Kalifornia, myślisz Los Angeles, Hollywood, Plaże Santa Monica, Luksusowe rezydencje w Malibu i eleganckie butiki na Rodeo Drive. Nie jest tak? Oczywiście! Jednakże, podczas mojej przygody w USA, dane było mi samemu odkryć ten stan, i okazuje się, że wcale nie cała Kalifornia wygląda jak Miasto Aniołów. Mało tego, poza Los Angeles, w większości stanu jest nawet dość zimno!
Aglomeracja miejska Los Angeles to praktycznie samo południe Kalifornii a także USA. Jednakże, kiedy wybierzemy się w podróż na północ, dane będzie nam jechać aż 10 godzin, pokonując ponad tysiąc kilometrów, aby dotrzeć do granicy z sąsiadującym od północy Oregonem. Tam już klimat zdecydowanie nie przypomina kojarzonego ze słońcem i plażą rozkosznego tropiku.
Zostając jednak na wybrzeżu, kiedy z Los Angeles wybierzemy się na północ drogą krajową US-101, wystarczy jedynie 6 godzin jazdy, aby zamiast ciepłych promieni słońca, na twarzy poczuć zimny wiatr niesiony przez chłodne wody Pacyfiku. Tak, chociaż to też Kalifornia, bywa tutaj zimno. I to nawet latem.
Samo miasto wielkością jest nieco większe od Radomia a zamieszkuje je niewiele więcej ludzi niż Kraków. Położone na pagórkowatym półwyspie między Pacyfikiem a zatoką San Fransisco nawet latem potrafi sprawić, że gęsia skórka zagości na Twoim ciele i sięgniesz po bluzę. Tak było też z nami.
Do San Fransisco pierwszy raz przyjechaliśmy latem. Po kilku dniach spędzonych na pustyniach Kalifornii oraz w Los Angeles nie byliśmy mentalnie przygotowani, na to, że w środku lata, w Kalifornii, cały dzień spędzimy nosząc bluzy, walcząc z zimnym wiatrem.
Do miasta przyjechaliśmy wieczorem. W ostatnich promieniach zachodzącego słońca przejeżdżaliśmy most San Fransisco – Oakland Bay Bridge aby wjechać do miasta. Kiedy przekroczyliśmy zatokę, od razu znaleźliśmy się w ścisłym centrum miasta. Ogromne wieżowce, biurowce, potężne hotele, gwar i szum na ulicach. Tysiące samochodów na zakorkowanych drogach pędzi w różnych kierunkach wioząc swych pasażerów na zasłużony odpoczynek po pracy. Przebijaliśmy się powoli więc przez centrum w stronę naszego hotelu, położonego w spokojniejszej, mieszkalnej dzielnicy miasta. Z każdym kolejnym zakrętem ulice zdawały się być coraz ciaśniejsze a niewielkie, maksymalnie dwu czy trzy piętrowe kamienice zdawały się tworzyć tunel prowadzący nas do celu. Dotarliśmy na miejsce. Kolejnym wyzwaniem był sam parking hotelowy, gdzie w bardzo wąskie (jak na warunki amerykańskie) drzwi garażowe musiałem upchnąć potężnego SUV-a którego wypożyczyliśmy. Przestrzeń parkingowa pod hotelem była tak ciasna, że ani kamera cofania, ani asysta moich współpasażerów nie pozwoliła mi zaparkować naszego Lincolna za pierwszym razem. Kręciłem się po parkingu mijając słupy i ściany prawie na milimetry, a kiedy w końcu udało mi się zaparkować między wyznaczającymi miejsce białymi liniami namalowanymi na ziemi, niczym akrobata musiałem przeciskać się przez drzwi auta, których rozsądne otwarcie uniemożliwiał stojący na środku parkingu betonowy słup. W końcu ruszyliśmy na wieczorny spacer po mieście. Dzielnica, w której znajdował się nasz hotel to raczej okolica mocno mieszkaniowa. Wysokie na dziesiątki pięter wieżowce i ekskluzywne hotele zostały daleko za nami migocząc do nas z oddali setkami świateł rozświetlającymi nocą okna. Na ulicach nie działo się wiele. Minęło nas kilka samochodów, parę osób przechodziło chodnikiem. Kilku bezdomnych na ławkach. Miasto zdawało się zasypiać. Postanowiliśmy przejść się kawałek w stronę portu, żeby nocą choć rzucić okiem w stronę sławnej na cały świat Wyspy Alcatraz. Z daleka ciężko było rozpoznać wyspę. Migoczące w oddali światła niedziałającego już więzienia mieszały się ze światłami domów na przeciwnym brzegu wejścia do zatoki San Fransisco. Postanowiliśmy wrócić do hotelu i przygotować się na zwiedzanie miasta z samego rana. Po drodze jednak, kiedy przechodziliśmy przez jezdnię, naturalnie po pasach, jak nakazują przepisy ruchu drogowego, z piskiem opon niemalże zatrzymał się samochód, który w pierwszej chwili wystraszył nas niemiłosiernie. Po pierwsze nie widzieliśmy go wyłaniającego się z którejś z ciemnych uliczek miasta, po drugie, był on elektryczny, a po trzecie, na tylnej kanapie siedzieli pasażerowie, podczas kiedy fotel kierowcy był… pusty. Ze zdumienia przecieraliśmy oczy patrząc jak błyszczący nowością, mały, biały SUV Jaguar’a powoli rusza sam i przy akompaniamencie żółtego światła prawego kierunkowskazu skręca na skrzyżowaniu, po czym znika w mroku nocy. Szliśmy dalej a takich jak się później okazało, autonomicznych taksówek było coraz więcej. Miasto oraz forma zarządzająca tą technologią testowała takie pojazdy nocą, kiedy ruch jest mniejszy. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie sprawdzili jak takie samochody reagują na przypadkowych przechodniów, którzy powiedzmy, przypadkiem wtargną na ulicę. Wiem, było to głupie, ale oprogramowanie pojazdów nie miało najmniejszego problemu z wykryciem intruza na jezdni i zatrzymaniem samochodu. Wróciliśmy do hotelu.





Następnego dnia rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta. Niestety, całe miasto przykrywały gęste chmury blokując dostęp promieni słonecznych. Było zimno. Naprawdę zimno. Jak nie w lato. Wyciągnęliśmy z walizek bluzy i rozpoczęliśmy spacer. Poszliśmy do dzielnicy portowej z której roztaczał się piękny widok na Alcatraz. Mała skalna wysepka pośrodku wzburzonych wód zatoki San Fransisco a na jej falach kołysały się małe stateczki wiozące turystów. Na brzegu, w porcie, liczne bary i restauracje serwujące najróżniejsze smakołyki przygotowane specjalnie dla turystów oraz pamiątki; od koszulek po magnesy. Wszystko. Szybki spacer na Lombard Street; znaną z filmów oraz pocztówek, wijącą się niczym wąż ulicę porośniętą dookoła kwiatami i już niebawem musieliśmy wracać do hotelu, aby zabrać auto i kontynuować naszą podróż. Przejazd mostem Golden Gate pogrążonym w mgle i już opuszczamy miasto. Mieliśmy spory niedosyt. Postanowiliśmy więc wrócić do San Fransisco. Udało się to już w następnym roku. Mieliśmy tym razem do dyspozycji w mieście aż dwa dni. To wystarczyło.
Kolejny etap zwiedzania zaczęliśmy od spaceru w stronę centrum. Podczas naszej kolejnej wizyty pogoda dopisywała. Było ciepło, choć niegorąco, co uprzyjemniało spacer. Słońce świeciło z pełną siłą a bezchmurne niebo dawało nadzieję na piękną pogodę aż do zmroku. Nie dopisywała nam jednak sama topografia miasta, ponieważ praktycznie całe San Fransisco położone jest na terenie mocno pagórkowatym. Niektóre z tym pagórków na domiar złego są naprawdę strome. Pamiętacie film „Bullitt” i pościg ulicami San Fransisco gdzie Steve McQueen w swoim zielonym Mustangu przemierzał miasto podskakując na górkach i pagórkach przez które prowadziła go droga? Tutaj nie ma nawet odrobiny ściemy! Tak jest naprawdę. Czasami pokonując zaledwie jedną ulicę od skrzyżowania do kolejnego, zmienialiśmy wysokość nawet o kilka pięter. Na szczęście, w mieście doskonale rozwinięta jest komunikacja miejska. Setki autobusów, trolejbusów i starych, klimatycznych tramwajów ułatwiają zwiedzanie miasta. Ponownie zajrzeliśmy do portu, gdzie o tej porze roku setki lwów morskich wygrzewają się w promieniach wiosennego słońca. Niesamowity widok! Całe nabrzeża i keje oblegane przez setki charczących i popiskujących stworzeń. Ludzie z aparatami i kamerami przepychają się, aby podejść jak najbliżej, a morskie stwory nic sobie z tego nie robią. Ot tak, leżą sobie i wygrzewają opasłe cielska w promieniach słońca. Pojechaliśmy pod most Golden Gate. Tego dnia pogoda pozwoliła nam cieszyć oko tym dziełem inżynierii w pełnej krasie. Czerwona konstrukcja i potężne liny podtrzymujące cały most, po którym każdej godziny przejeżdżają w obu kierunkach setki aut. Z mostu roztaczał się przepiękny widok na całe miasto. Gwar, szum i hałas. Wróciliśmy do miasta i kontynuowaliśmy spacer. San Fransisco, choć zimne jest doskonałym miejscem do wegetacji najróżniejszych roślin. Praktycznie co krok napotykaliśmy na swojej drodze cudowne, kolorowe magnolie czy półtropikalne krzewy. Choć dopiero trwała wiosna, miasto rozkwitało tysiącami barw.



Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do Alcatraz. Zimny wiatr kołysał łodzią, na której walcząc z podmuchami zimnego wiatru zmierzaliśmy, jak niegdyś dziesiątki skazanych, w podróż na wyspę Alcatraz. Dla skazanych więzienie w wielu przypadkach było ostatnim już przystankiem w ich kryminalnej karierze, dla nas na szczęście jedynie kolejnym punktem na mapie przygód. Już po zejściu na ląd budynki, niektóre również częściowo zburzone sprawiają ponure wrażenie. Zimny wiatr szaleje po nabrzeżu a turyści walczą o utrzymanie równowagi na nogach. Ruszamy pod górę, jak niegdyś skazani, brukowaną drogą w stronę pawilonu więziennego. Surowa skała, miejsce tak nieprzyjazne, a jednak i tutaj widzimy setki kolorowych kwiatów. Jak smutny musiał być to widok dla skazańców, którzy wiedzieli, że już nigdy nie opuszczą tego miejsca, a te kwiaty, to ostatnie kolorowe widoki w ich życiu. Weszliśmy do pawilonu więziennego. Najpierw prysznice. Później cele. Pomieszczenia tak małe, że w środku zrobić można ledwo dwa kroki. Ciasne i przytłaczające. Kompletna izolacja. Kompletna kontrola. Aż ciarki przechodzą po plecach na myśl, że ktoś kiedyś w tych celach spędzał dni, miesiące i lata. Stołówka. Zimna i surowa. Więzienny spacerniak. Jedyne miejsce, gdzie więźniowie mogli poczuć choć namiastkę wolności. Otwarta przestrzeń, choć otoczona murem i siatką W oddali widać most Golden Gate. Wiatr aż sprawia wrażenie, jakby chciał porwać nas i unieść na swych skrzydłach najdalej jak to tylko możliwe od tego przygnębiającego miejsca. Koniec zwiedzania. Wracamy na ląd. Tutaj wiatru nie czuć już tak mocno. Ciepłe promienie słońca znów ogrzewają nasz twarze a lodowate i martwe ściany Alcatraz zostały daleko za nami. Na szczęście. Jeszcze krótki spacer po mieście i już pora zamawiać taksówkę na lotnisko. Zabieramy bagaże z hotelu i pędzimy złapać nasz samolot.





San Fransisco jest pięknym miejscem. Urokliwe kamienice, piękna dzielnica portowa i tysiące kwiatów. Miasto pełne życia i biznesu, gdzie nowoczesność i autonomiczne auta, przeplatają się z historią najcięższego w swoim czasie więzienia oraz prawie stuletnimi tramwajami sunącymi po ulicach miasta. Bezwzględnie, San Fransisco jest miejscem wartym odwiedzenia. Ma klimat i duszę, a tym nie może pochwalić się zbyt wiele amerykańskich metropolii. Jeżeli kiedyś Ty, drogi czytelniku będziesz zastanawiał się, czy jest to miejsce warte odwiedzenia podczas wycieczki po zachodzie USA, z pełną odpowiedzialnością mówię Ci „TAK”! I głowa do góry, choćbyś nabroił naprawdę poważnie, do Alcatraz na pewno nie trafisz. Teraz to muzeum… przygnębiające i surowe, ale jednak muzeum…





Dodaj komentarz