Wśród aromatu ryb i górskich krajobrazów nad brzegiem oceanu – Seattle

Co takiego jest w tym mieście, że największe Hollywoodzkie hity o tematyce miłosno- romantycznej rozgrywają się właśnie tam! „Bezsenność w Seattle”, „Miłość w Seattle”, „Zmierzch” czy „50 twarzy Graya” przenoszą widza na zachodnie wybrzeże USA, właśnie do Seattle. Co takiego jest w tym mieście? Co tam jest takiego „romantycznego”? Trochę mniejsze od Poznania miasto nadmorskie, położone nad zatoką Elliota, zamieszkuje prawie tyle osób co Kraków. Wieżowce, stadiony, biura, apartamentowce i mieszkania – tak na pierwszy rzut oka zaprezentowało mi się Seattle. 

Kiedy przylecieliśmy do miasta, patrzyliśmy jedynie na nie jako na port, z którego rozpoczynaliśmy nasz rejs na Alaskę. W hotelu zameldowaliśmy się dzień przed zaokrętowaniem i szczerze nie planowaliśmy żadnych większych eskapad po Seattle. Mieliśmy iść spać a rano, po obudzeniu udać się prosto do portu i wsiąść na statek. Jednakże, kiedy jechaliśmy taksówką z lotniska do zarezerwowanego wcześniej hotelu w centrum, widoki za oknem, choć była już noc, zachęcały nas do poznania tej Amerykańskiej metropolii lepiej i dokładniej, niż zakładał pierwotny plan. 

Co prawda, późny wieczór nie motywował nas do jakichkolwiek aktywności w mieście, a różnica czasu między Florydą a stanem Washington sprawiała, że jedyne czego potrzebowaliśmy w danej chwili to prysznic i łóżko. Nie starając się walczyć ze zmęczeniem i sennością udaliśmy się na spoczynek.

Nazajutrz jednak, trzygodzinna różnica czasu względem Florydy, zbudziła nas już o godzinie szóstej rano. Nie staraliśmy się walczyć o dłuższy sen, zwłaszcza, że słońce już zaczynało oświetlać swoim blaskiem miasto. Ciemność nocy i martwe do tej pory budynki, oświetlone jedynie bladym światłem latarni w nocy nabierały kształtu jaki budził w nich blask poranka. Z hotelowego okna widzieliśmy inne wieżowce, ludzi zmierzających do pracy lub kawiarni oraz ciemne, oświetlone jedynie porannym światłem okna mieszkań, które późnym wieczorem, gdy przybyliśmy do Seattle, jarzyły się światłem nocnego życia. 

Wyszliśmy na ulicę. Ostry klimat i niska temperatura przywitała nas, kiedy otworzyły się przesuwne drzwi hotelu. Zdawało się wręcz, że morska bryza i wiatr wiejący od oceanu dotyka naszych twarzy ostrzegając, że krótkie spodenki i letnie obuwie z Florydy, możemy pozostawić w hotelu, zamieniając je na bluzy i długie spodnie. Mając jeszcze dość dużo czasu zanim przyjdzie czas zaokrętowania, ruszyliśmy w miasto. Na początek droga w dół. Bardzo stroma droga w dół. Całe miasto, a zwłaszcza jego ścisłe centrum, położone jest na zboczu schodzącym w dół do dzielnicy portowej. Spacerowaliśmy między wieżowcami w biznesowym centrum Seattle kierując się w stronę chyba najbardziej rozpoznawalnego punktu na mapie miasta, czyli starego targu rybnego, nazywanego Public Market Center. Labirynt krzyżujących się pod kontem prostym ulic od razu przywiódł nam na myśl nowojorski Manhattan tylko, że mniejszy od oryginału. Miasto, choć było dość wcześnie, żyło już pełnią życia. Im bliżej jednak samego centrum i owego targu rybnego byliśmy, tym więcej na naszej drodze widzieliśmy bezdomnych. Nie zaczepiali nas, ot po prostu, mieszkali na ulicach miasta. Niestety z każdym kolejnym krokiem i każdą kolejną przecznicą, ilość bezdomnych rosła, a my czuliśmy się dość nieswojo. Miasto, które na pierwszy rzut oka nas w pewnym sensie oczarowało, z każdą minutą traciło swój urok. 

Doszliśmy do rybnego targu. Tutaj bezdomnych już nie było. Zostali w ścisłym centrum. 

Sam targ był miejscem wręcz cudnym. Już z daleka czuć było zapach świeżych ryb, które ułożone w staranne piramidy kusiły przechodniów i zachęcały do zakupu. Lokalni sprzedawcy nawoływali potencjalnych kupujących do swoich stoisk robiąc swoiste show z podrzucaniem i żonglowaniem rybami. Kawałek dalej stragany z tak odmiennie pachnącymi kwiatami. Lokalne restauracyjni z oknami wychodzącymi na zatokę Elliota i ogromny taras widokowy z którego bez trudu można było dostrzec jeden z najwyższych szczytów USA – Mt. Rainer oraz ośnieżone jeszcze górskie szczyty w kanadyjskiej Kolumbii Brytyjskiej. Poniżej tarasu stał już w oczekiwaniu nasz statek, dookoła którego krzątały się setki ludzi, przygotowując jednostkę na kolejną wyprawę. 

Zimny wiatr zmusił nas do opuszczenia tarasu widokowego. Zaraz po wyjściu z targu jednak, naszym oczom ukazała się kolejna, dość ciekawa i ważna za razem atrakcja jaką w Seattle chyba każdy miłośnik kawy powinien odwiedzić – Najstarszy na świecie Starbucks. Tak jest, to właśnie tutaj w 1971 roku otwarto pierwszą kawiarnię tej znanej na całym świecie sieci. Kolejka była dość długa, ale oboje chcieliśmy poczuć na językach smak historii tej najbardziej rozpoznawalnej kawowej franczyzy świata. Oczekiwanie opłacało się i już po dłuższej chwili pieściliśmy nasze podniebienia kawą z historią. 

Poza Public Market Center, kolejnym charakterystycznym dla Seattle miejscem jest potężna wieża widokowa górująca nad miastem. Wznosząca się na ponad 180 metrów konstrukcja, pozwala odwiedzającym cieszyć oko widokami nie tylko miasta, ale i majaczącymi w oddali górami zarówno po stronie USA jak i Kanady. Tym razem, ze względu na goniący nas czas nie wjechaliśmy na wieże. Na szczęście, w Seattle byliśmy jeszcze kilka razy i nie zrezygnowaliśmy z odwiedzenia tej turystycznej atrakcji. Przy ładnej pogodzie widok naprawdę zapiera dech w piersi. 

Choć chcieliśmy wycisnąć z Seattle jeszcze więcej, musieliśmy już wracać do hotelu. Statek czekał już w porcie, a na nas czekała kolejna wielka przygoda.

Czy w takim razie Seattle to miejsce, gdzie chciałoby się wracać? Czy jest to miejsce faktycznie pełne miłości i romantyzmu jak pokazują je Hollywoodzie produkcje? Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony piękna i turystyczna portowa dzielnica z targiem rybnym, z drugiej zaś strony śródmieście pełne bezdomnych i uzależnionych od narkotyków ludzi. Z jednej strony zapierające dech w piersi widoki, z innej strony, po prostu zwykłe, Amerykańskie miasto. Jednakże, coś w tym miejscu było. Coś co przyciągnęło nas do Seattle jeszcze kilka razy i pchało nas w stronę odkrywania jego ciekawostek i tajemnic. Seattle to na pewno miejsce warte odwiedzenia, które ma naprawdę wiele do zaoferowania dla każdego turysty, a  wieczorny spacer portowym nabrzeżem bez wątpienia sprawi, że poczujemy się jak bohaterowie znanych na całym świecie amerykańskich filmów… kto wie, może i będzie równie romantycznie…

Dodaj komentarz