Wśród drzew na wiszących mostach w krainie ludzi szczęśliwych – Kostaryka

Kolejny dzień na statku. Przepłynęliśmy już Kanał Panamski, odwiedziliśmy Gwatemalę i dziś przyszedł czas, aby nasza „krypa” rzuciła kotwicę u wybrzeży Kostaryki – państwa niewiele większego od Estonii, zamieszkiwanego przez mniej więcej tyle ludzi co mieszka w Rzymie i Paryżu razem.

Do Puntarenas dobiliśmy we wczesnych godzinach porannych. Już z oddali witał nas górzysty krajobraz spowity lekką poranną mgłą oraz złocista plaża, o którą rozbijały się fale Pacyfiku. Z oddali Kostaryka wyglądała na spokojną i uśpioną. Zeszliśmy na betonowe molo przy którym zacumował nasz statek i od razu skierowaliśmy się w stronę taksówek. Rejsy turystyczne mają wiele plusów takich jak na przykład to, że codziennie jesteśmy w innym miejscu a hotel płynie z nami, czy zapierające dech w piersi widoki i niemożliwe do opisania zachody słońca. Niestety, ale tego typu wycieczki mają też minusy. A największym z nich, jest to, że kiedy statek przypływa do portu, to pasażerowie mają do dyspozycji jedynie kilka godzin na lądzie nim potężny, pływający hotel odpłynie w stronę kolejnego portu na swej trasie.

My zawsze staramy się wykorzystać dostępny czas do cna. Po chwili więc, siedzieliśmy już w taksówce i pędziliśmy krętymi drogami w stronę lasu deszczowego i Rezerwatu Lasu Chmurowego Monteverde. Nasz taksówkarz za nic miał sobie przepisy ruchu drogowego i pędził, jak oszalały wąskimi uliczkami. Mijaliśmy nadmorskie miasteczka i wioski. Dzień budził do życia lokalnych sklepikarzy i restauratorów. Małe budyneczki otwierały się na klientów a lokalni mieszkańcy zmierzali do pracy. Tropikalny i górski krajobraz psuły widoki rozpadających się ceglanych domków czy prowizorycznych „szop” gdzie w miejscach okien widniały jedynie kraty albo kawałki przemysłowej blachy. Luiza próbowała zagadać z naszym taksówkarzem. Może trochę przez ciekawość a może aby wpłynąć na niego i ostudzić jego rajdowe zapędy na publicznych drogach. Kiedy jednak zasugerowała, że Kostaryka to chyba biedny kraj, nasz szofer aż się obruszył. Jego czoło zmarszczyło się, a spalona słońcem cera wyglądała jak stary pomidor, który przeleżał w zapomnieniu kilka tygodni w lodówce. 

– Jak to biedny?! – zaczął kierowca – Mamy piękną pogodę, ocean, który daje nam ryby i ochłodę, nikt nie chodzi głodny. Mamy czas dla siebie, dla naszych rodzin. Możemy spędzać czas razem i cieszyć się tym. A Wy? Ciągle w pracy, ciągle w biegu! W Kostaryce ludzie są szczęśliwi!

Faktycznie. W USA czy Europie, każdy goni za pieniądzem. Chcemy mieć lepsze ubrania, samochody, zwiedzać świat, a nasz kierowca, bogactwo i szczęście postrzega w zupełnie inny sposób. Ciekawa sprawa, choć jesteśmy tacy sami i mieszkamy na tej samej planecie, to jakże odmienne mamy potrzeby i pragnienia. Cóż więcej dodać. Kostaryka to z Hiszpańskiego „Bogate Wybrzeże”.

Zaczęliśmy podjazd pod górę. Silnik nawet dość nowocześnie wyglądającego Hyundaia wył na wysokich obrotach a nasz kierowca o zacięciu rajdowca ani myślał zwalniać na zakrętach, czy kiedy wymijał się z innym pojazdem niemalże na krawędzi potężnego urwiska. Krajobraz zmieniał się. Otulać zaczynały nas gęste lasy i drzewa. Im wyżej wjeżdżaliśmy, tym bardziej spadała temperatura. Pojawiały się chmury, w które po chwili wjechaliśmy niczym w rozlane mleko. Brak jakiejkolwiek widoczności, jeszcze bardziej rozochocił naszego taksówkarza, który jedyne położenie pedału przyspieszenia jakie uznawał to takie, gdzie ów pedał dotyka podłogi jego taksówki. Mijaliśmy kolejne zakręty i górskie miasteczka. Krótki postój w sklepie, gdzie zaopatrzyliśmy się w kilka przekąsek i napoje, oraz odetchnęliśmy chwilę od naszego szofera z Formuły Pierwszej. Kilka minut później byliśmy już u celu naszej podróży. Rezerwat Lasu Chmurowego Monteverde to miejsce prawie jak z bajki. Kiedy wysiedliśmy z auta czuliśmy się jak w wielkiej jaskini. Monumentalne drzewa, tak gęsto porastały przestrzeń nad naszymi głowami, że sprawiały wrażenie jakby otulała nas solidna ściana z zielonych skał. Kupiliśmy bilety, aby wejść do parku i wtedy zaczęło padać. Przemykaliśmy się między drzewami, aby skryć się gdzieś przed wodą, ale na próżno. Każda kropla deszczu wcześniej czy później zsuwała się z wielkich liści i uderzała w ziemię lub w nasze ciała. Czas nas naglił, więc mimo rzęsistych opadów deszczu ruszyliśmy na szlak. Z każdym krokiem zapuszczaliśmy się coraz głębiej w tropikalną dżunglę a zieleń, która z każdą chwilą coraz mocniej nas otaczała, sprawiała wrażenie niemalże wygenerowanej przez sztuczną inteligencję. Przygoda się rozpoczęła. Park, który właśnie odwiedzaliśmy, słynie z mostów rozpiętych między koronami drzew. Każdy może przejść się po wiszących dziesiątki metrów nad ziemią konstrukcjach i poczuć się jak Tarzan. Postawiłem stopę na pierwszym moście. Konstrukcja zakołysała się a mi serce podeszło do gardła. Mam lęk wysokości, więc starałem się nie patrzeć w dół. Luiza przemknęła na drugą stronę przystając co chwilę i robiąc setki zdjęć, a ja sunąłem powoli po metalowych panelach kołyszących się miarowo nad koronami gęstych drzew falującymi pod naciskiem padających kropel deszczu. Udało się. Jestem na drugiej stronie. Spacer trwa. Kolejny mostek. Tutaj już miałem więcej odwagi i mogłem skupić się na krajobrazach które nas otaczały. Dookoła tylko zieleń i chmury. W dole paprocie tak wielkie, że nigdy w życiu nie przypuszczałbym, że tak ogromne okazy mogą istnieć a nad nami sunąca miarowo mgła łapiąca w swe objęcia korony strzelistych drzew, których nazw nawet nie znam. Co chwilę słychać śpiew i głosy tropikalnych papug czy tukanów. Padający deszcz spływa po kamieniach i uderza w ogromne liście tropikalnych roślin. Dookoła tylko my i najczystsza dzika natura. Po około godzinie wróciliśmy do miejsca, gdzie weszliśmy na szlak. Przemoczeni i zmęczeni, ale bezwzględnie zadowoleni z tego co mogliśmy zobaczyć wsiedliśmy znów do taksówki. Nasz kierowca ponownie gnał, jak oszalały w dół przebijając się przez chmury. Kilka zakrętów, parę łuków i już wyjeżdżamy z gęstej jak mleko mgły. Taksówkarz docisnął gaz a ja złapałem się mocniej plastikowej rączki, jakby miałoby mnie to ocalić przed wylądowaniem w głębokim na kilkanaście metrów rowie, wzdłuż którego właśnie pędziliśmy. Po drodze, nasz taksówkarz postanowił zawieść nas na jeszcze jedną atrakcję. Stwierdził on, że nic lepiej nie ukoronuje tego dnia, jak wizyta w małpim gaju, gdzie na własnej skórze będziemy mogli poczuć, jak to jest… bawić się z małpami. Westchnąłem jedynie, podczas gdy moja żona aż tryskała radością i ekscytacją.

Dojechaliśmy więc do skromnie wyglądającego domostwa, gdzie Luiza wraz kilkoma towarzyszami naszej wycieczki weszła do środka. Ja postanowiłem zostać na zewnątrz i cieszyć oko ostatnimi widokami tropikalnych roślin. Nie dało się jednak nie słyszeć krzyków ekscytacji i śmiechów dobiegających zza metalowego płotu, gdzie „blade twarze” z Europy w najlepsze bawią się z małymi małpkami. Zabawa trwała w najlepsze, ale czas był już, aby wracać w stronę statku. Po chwili byliśmy w porcie. Mieliśmy jeszcze parę minut, więc poszliśmy spróbować lokalnej kawy i przespacerowaliśmy się uliczkami miasteczka. Jak w każdej turystycznej miejscowości, dziesiątki kramów z pamiątkami i lokalne restauracyjki zapraszają do odwiedzenia ich. Im dalej od turystycznej dzielnicy, tym mocniej jednak kolor i stworzony dla turystów blichtr ustępował szarości starych domów i punktów handlowych. Śmierdzący już z daleka rybny targ, gdzie dziesiątki wychudzonych i bezpańskich psów szukało resztek, aby zaspokoić głód na tle pobłyskujących w promieniach zachodzącego słońca wodach Pacyfiku. Taki widok żegnał nas w Puntarenas w Kostaryce. Słońce chowało się już za horyzontem a nasz statek powoli rozpoczynał swą podróż w stronę kolejnego celu naszej przygody. Tropikalne lasy Kostaryki i złota plaża znikała z oczu pogrążając się w mroku nocy który zaczął nas otulać. Zmęczeni usiedliśmy na pokładzie obserwacyjnym i patrzyliśmy jak na brzegu raz po raz zapalają się kolejne światła w domach i mieszkaniach. 

Kostaryka zachwyciła nas. Ponownie, jak większość krajów Ameryki Środkowej czy Karaibów pokazała swoją biedną stronę oraz tą, którą każdy turysta widzieć powinien. Cudowna i dzika natura miesza się z ludźmi, którzy na pierwszy rzut oka wyglądają na biednych i pozbawionych perspektyw na przyszłość. Jednakże, kiedy poznać ich bliżej, okazują się, że mają oni wszystko czego im potrzeba. Kiedy my gonimy za pieniądzem, oni cieszą się życiem grając w piłkę czy spacerując po plaży w świetle zachodzącego słońca. Pewnie jeszcze kiedyś wrócimy do Kostaryki, bo ta namiastka, której doświadczyliśmy podczas kilku godzin na lądzie, wśród drzew, lasów, plaż i nadmorskich wiosek rozbudziła w nas chęć, aby bliżej poznać ten kraj. Do zobaczenia więc Kostaryko i dobranoc… pomyślałem, kiedy ostatnie światła Puntarenas zniknęły za czarnym jak smoła horyzontem a ich miejsce zastąpiły miliony gwiazd na ciemnym, nocnym niebie.

Jeżeli kiedykolwiek będziesz w Kostaryce, zdecydowanie polecam odwiedzenie parku Rezerwat Lasu Chmurowego Monteverde. Poniżej zamieszczam link:

CCT
https://cloudforestmonteverde.com

Dodaj komentarz