Syty wędrowiec – z Rzymu na Broadway, czyli pizza po amerykańsku

Byłem już w wielu krajach na świecie. Zwiedziłem Karaiby, USA i Kanadę, większość krajów Europy. Byłem w Egipcie i Turcji. Każde z tych miejsc ma swoją wyjątkową kuchnię. Coś innego i oryginalnego wyróżniające smak danego regionu ponad innymi. Mnogość przypraw w Turcji, pachnące bazylią i tymiankiem sosy we Włoszech, soczyste kiełbaski na Hamburskim rynku czy ryba z frytkami przy Trafalgarskim placu. Jest, jednakże jedno danie, które zjemy wszędzie. Które w każdym zakątku świata wygląda podobnie i receptura jego przyrządzania również jest podobna bez względu na miejsce na mapie, gdzie się znajdujemy. Pizza. Kojarzona z Włochami, lecz mająca swoje korzenie w antycznej Grecji. Kiedyś danie ubogich. Teraz pieści podniebienia zarówno tych mniej zamożnych jak i bogaczy z pierwszych stron gazet. 

Osobiście uwielbiam pizzę. Jest to jeno z tych dań, które mógłbym jeść praktycznie codziennie i chociaż mam kilka swoich ulubionych miejsc, gdzie „placek” moim zdaniem smakuje najlepiej, lubię również popróbować tego chyba najpopularniejszego dania na świecie w nowych miejscach. Jako że ostatnie 11 lat mieszkałem w USA, gdzie jakość kuchni i składników używanych do produkcji nie tylko pizzy, ale i innych potraw niekiedy pozostawia wiele do życzenia, chciałbym skupić się na jednym fundamentalnym pytaniu, które pewnie wielu amatorów pizzy może sobie zadawać będąc za oceanem- Czy w USA zjemy dobrą pizzę? 

Kiedy rozpoczynaliśmy swoją przygodę za „wielką wodą” i imaliśmy się najróżniejszych prac, aby tylko zarobić na czynsz i podstawowe potrzeby nie mogliśmy marzyć nawet o wizycie w kuszących przechodnia bukietem aromatów pizzeriach o włosko brzmiących nazwach. Najważniejsze było coś zjeść i żyć dalej. Wtedy, miłośnikowi pizzy takiemu jak ja, dumnie na drodze stanęła sieć pizzerii typu „drive through”, czyli podjeżdżasz autem i odbierasz, o nazwie „Little Ceasars”. Mogłoby się zdawać, że umieszczenie w nazwie oraz logotypie karykaturalnej postaci Juliusza Cezara sprawi, że wgryzając się w trójkącik pachnącej pizzy poczujemy się jakby włoski wiatr niósł nas wraz z aromatem świeżej bazylii przez łagodne toskańskie zbocza obficie górskie obficie porośnięte winoroślą. Nic bardziej mylnego. „Mały Cezar” to najpodlejsza z podłych pizza dostępna w USA. Franczyza wywodząca się z Detroit, gdzie poza smakiem tłuszczu i taniego sera raczej nie uświadczymy innych aromatów. Jednakże, kiedy w 2013 roku postawiliśmy stopę na Kontynencie Amerykańskim, cena 5 dolarów za placka, sprawiała, że nie jednokrotnie odwiedzaliśmy „Little Ceasars”.

Mijały miesiące, później lata a nam żyło się co raz lepiej. Mogliśmy pozwolić sobie na więcej i szukać upragnionych smaków w coraz lepszych a tym samym droższych restauracjach. Pewnego letniego popołudnia zawitaliśmy więc do położonej w centrum handlowym w Tampa pizzerii o nazwie „California Pizza Kitchen”. Przez wielkie szklane okno wzrok nasz przyciągnął pokaźny piec opalany drewnem, w którym wesoło w płomieniach ognia „dochodziły” aromatyczne placuszki. Weszliśmy do środka. Restaurację wypełniał zapach ziół, przypraw i drewna. Zapowiadało się całkiem nieźle. I tak też było. Pizza wielkości takiej przeciętnej średniej dostępnej w Polsce, z apetycznie zarumienionymi brzegami i skwierczącym jeszcze delikatnie sosem parowała przed naszymi oczami czekając aż zatopimy zęby w jej cieście. Smak był wówczas dla nas obłędny! Czuliśmy, że zbliżamy się do tak wytęsknionego smaku z półwyspu apenińskiego. Cena, jednakże już sprowadziła nas na ziemię. 19,99 dolara za pizzę to sporo. Nawet jak na warunki amerykańskie, a wciąż jedynie zbliżaliśmy się do smaku, który pamiętamy z objazdowej wycieczki po Italii. Lata mijały a my dalej próbowaliśmy. Były pizze nowojorskie, gdzie ilość stawia się nad jakość i każda smakuje tak samo, były pizze chicagowskie, gdzie to sos pokrywa ser i dodatki na wypieczonym w głębokiej brytfannie cieście. Były pizze kwadratowe „Detroit Style”, były pizze podłużne typu „flatbread”, były okrągłe, ale wszystkie były po prostu dobre. Żadna nie sprawiła, że jednoznacznie powiedzieliśmy, iż dany placek to najlepsza pizza jaką jedliśmy. 

Pewnego jednak dnia trafiliśmy do położonej nieopodal naszego domu, małej włoskiej pizzerii. Zlokalizowana w bocznej uliczce z dala od atrakcji turystycznych miasta, gdzie mieszkaliśmy. Tak niepozorny i mały budynek z łatwością można było przegapić przejeżdżając obok samochodem. 

Weszliśmy do środka. Już na wejściu czuć było włoską atmosferę. Donośne rozmowy dobiegające z kuchni, przekrzykiwanie się kucharz i kelnerów a na samym środku kuchni okazały, murowany piec opalany drewnem. Zapowiada się dobrze. Kelnerka z wyraźnym włoskim akcentem przyjęła od nas zamówienie. Popijając importowane włoskie piwo czekaliśmy na nasze potrawy. Po dłuższej chwili n stole stanęła dumnie pizza. Nie wyglądała idealnie, lekko przypalona z brzegu, nieforemna, ale pachnąca. Sam jej zapach przywiał już wspomnienia wycieczki po Włoszech i przysmaków jakie dane było nam spróbować kilkanaście lat wstecz. Sos aksamitny, słodki, wyraźnie pomidorowy. Ser ciągnący się, ale nie do przesady. Intensywny w smaku. Soczyste salami i papryka a ponad wszystko mocno wyczuwalny armat oliwy z oliwek. Tak. To najlepsza pizza jaką dane nam było jeść w USA. Mała rodzinna pizzeria „Christinos” zaledwie 2 mile od naszego domu była to od lat, podczas gdy my szukaliśmy tego smaku po całym kontynencie. Zajadaliśmy się i cieszyliśmy duszę i ciało typowo Włoską atmosferą. Cena, no cóż, za jakość trzeba słono zapłacić- 25 dolarów, czyli 5 razy tyle co za „Małego Cezara”. Jednakże bogactwo smaków i aromatów z jakim mieliśmy do czynienia, było warte tych pieniędzy. 

Czy można więc w Stanach Zjednoczonych zjeść dobrą pizzę? Można! Czy trzeba daleko szukać? Jak pokazuje nasz przykład- NIE! Bo najlepsza pizza była tuż za przysłowiowym rogiem. Czy ta pizza smakuje tak jak we Włoszech? Absolutnie nie! Pizza z „Christinos” była pyszna, ale nie było w niej tego czegoś tak bardzo włoskiego, co poczuć można chyba tylko siedząc w ogródki restauracyjnym dajny na to w Sorrento i podziwiając zachód słońca nad zatoką Neapolitańską. W USA zjemy dobrą pizzę, ale wciąż nie będzie to pizza amerykańska a stworzona przez ręce Włochów lub potomków emigrantów z półwyspu apenińskiego. 

Jeżeli więc narobiłem wam smaka na pachnącą pizzę tym wpisem, to nie będę już przedłużał więcej i chyba sam również złapię za telefon i zamówię sobie jakąś taką może średnią, a może dużą pepperoni. Smacznego!

PS. Jeżeli kiedyś będziecie w Tampa, zapraszam do odwiedzenia właśnie „Christinos” – https://www.cristinoscoaloven.com, 1101 S Ft Harrison Ave, Clearwater, FL 33756

Dodaj komentarz