
Odwiedziliśmy już na łamach tego bloga dalekie krainy. Tropikalne wyspy Karaibów, lodowce Alaski, Amerykę Północną i Południową. Może więc na chwilę zajrzyjmy na nasze lokalne podwórko? Do Warszawy. Miasta, które każdy na swój sposób poznał… ale czy je zna? Legend Warszawskich jest co nie miara; Bazyliszek, Złota Kaczka, Legenda o Warsie i Sawie; te zna chyba każdy starszy i młodszy Warszawiak. Ale czy słyszeliście o nawiedzonych domach w Stolicy? Miejscach, w których mieszkańcy co noc słyszą szczękanie łańcuchów, dziwne głosy i czują podejrzaną siłę otaczającą ich przez cały czas, kiedy przebywają w swoim domu? Najsławniejszy nawiedzony dom w Warszawie, jeszcze kilka lat temu stał przy ulicy Szeligowskiej na warszawskim Bemowie. Mieszkańcy okolicznych posesji uskarżali się latami na dziwne głosy i postacie ukazujące się w oknach opuszczonego od lat budynku. Wielu przechodniów przez lata było ponoć świadkami nadprzyrodzonych zdarzeń przy Szeligowskiej 32, aż do roku 2013, kiedy to tajemniczy dom spłonął, grzebiąc swoją historię i ponurą legendę w stertach gruzu, na których wkrótce stanął nowoczesny blok mieszkalny.
Kiedyś z pewnością o budynku przy Szeligowskiej na tym blogu napiszę osobny artykuł, ale dziś, przenieśmy się w miejsce nie aż tak odległe od ścisłego centrum Warszawy. Przenieśmy się na Żoliborz, gdzie za pewne wielu Warszawiaków nie raz spacerowało, nie zdając sobie sprawy z faktu, że mijają właśnie na swojej drodze jeden z nawiedzonych domów na mapie Stolicy. Lokalizacja domu to ledwie kilka minut spaceru od sławnego kościoła pod wezwaniem Św. Stanisława Kostki, będącego przed laty miejscem spotkań członków „Solidarności” i wrogów poprzedniego systemu z chyba najsławniejszym księdzem epoki PRL-u – kś. Jerzym Popiełuszko. Mijając kościół i park wchodzimy w głąb Starego Żoliborza. Przechodzimy wzdłuż przedwojennych budynków, które bez mała wiek temu zdobiły praktycznie przedmieścia Warszawy, a dziś wciąż stoją, i to w dzielnicy graniczącej ze Śródmieściem. Minąwszy kościół, po krótkim spacerze ulicą Kozietulskiego, skręcamy w prawo w ulicę Niegolewskiego. Już sama wyżej wymieniona ulica, jest swoistą perłą na mapie stolicy. Piękne przedwojenne domy jednorodzinne prezentujące wspaniałą architekturę międzywojennej Warszawy, wśród nich zwłaszcza dom przy Niegolewskiego 8, czyli „Willa Brukalskich”. Budowla, która w roku ukończenia konstrukcji, czyli w 1928 roku, była jak na swoje czasy ultranowoczesna i nowatorska. Nawet dziś, dom, pomimo kilku modernizacji i remontów zachował swój przedwojenny charakter.
Idźmy jednak dalej, bo zaraz, kiedy miniemy skrzyżowanie z ulicą Kochowskiego, naszym oczom ukaże się rząd sześciu, niepozornie wyglądających segmentów. Od strony Niegolewskiego, z małymi ogródkami i pojedynczymi bramami wjazdowymi dla samochodów oraz z wejściami od strony ulicy Podstarościch z tyłu budynków. Domy wybudowane zostały niedługo przed wojną, bo w roku 1934, a zaprojektowane zostały przez jednego z bardziej znaczących architektów przedwojennej Warszawy, Bohdana Pniewskiego, odpowiedzialnego między innymi za projekt budynku sądów przy Alei Solidarności w Warszawie. W skład kolonii „Strzecha Urzędnicza”, bo tak właśnie nazywała się spółdzielnia, w skład której wchodziły wspomniane budynki, zawierało się jeszcze kilka innych domów wzdłuż Kochowskiego. Wróćmy jednak na ulicę Niegolewskiego. Budynek, o którym dzisiaj chciałbym Wam opowiedzieć to segment drugi od strony prawej.
Na próżno szukać wzmianki o budynku i jego historii w internecie. Obecnie wszystkie informacje o „nawiedzonym domu z Niegolewskiego” zniknęły z sieci. Prawdopodobnie zostały usunięte, aby w końcu, ktoś nieznający warszawskich legend i historii, kupił tą nieruchomość i osiedlił się w niej na stałe. Jeszcze kilka lat temu, o owym domu krążyły mroczne historie. Przechodnie kątem oka widywali rozmazane postacie przez okazałe okna wychodzące na ogród od strony ulicy Niegolewskiego, a ci, którzy stawali się właścicielami nieruchomości, po kilku spędzonych tam nocach wyprowadzali się, pozbywając się domu za cenę niższą niż ta, którą zapłacili. Mieszkańcy budynku skarżyli się na tajemnicze postacie pojawiające się nocą na schodach domu oraz w jego ciemnych zakamarkach. Słyszeli szepty, a niekiedy groźnie brzmiące głosy dochodzące raz z piętra a raz z parteru domu. Dom ogólnie cieszył się złą sławą i z biegiem lat popadał w ruinę. Co ciekawe, graniczące z nim inne segmenty kolonii „Strzecha Urzędnicza”, są od lat zamieszkane, a ich właściciele jedynie uśmiechają się, kiedy słyszą o „nawiedzonym domu”. Dla czego jednak akurat ten konkretny dom spowiła ponura legenda o duchach i upiorach nawiedzających jego wnętrza? Pozwólcie, że po krótce opowiem Wam legendę związaną z tym domem.
Podczas drugiej wojny światowej, największe zniszczenia poniosły trzy segmenty stojące u zbiegu ulic Niegolewskiego i Kochowskiego. Wśród nich właśnie, w samym środku znajdował się oczywiście bohater naszego dzisiejszego postu. Z racji, iż większość Kolonii nie uległa zbytnim uszkodzeniom, po wojnie postanowiono wszystkie domy odbudować, a następnie przekazać w ręce powracających do Stolicy mieszkańców. Legenda głosi, że do domu przy ulicy Podstarościch 3 (bo taki jest oficjalny adres nieruchomości) wprowadziła się czteroosobowa rodzina. Oczywiście, żadnych dowodów na potwierdzenie tego faktu na próżno szukać, więc zaznaczam, że sama historia domu, to tylko legenda, którą kiedyś przed laty przeczytałem oraz usłyszałem od kilku sędziwych mieszkańców Żoliborza. Wracając jednak do nowych mieszkańców domu. Mijały miesiące, a następnie lata. Małżeństwo z dwiema córkami zadomowiło się na dobre w swoim nowym lokum. Mąż zajmował państwową posadę, a żona była panią domu. Rodzinie żyło się dobrze i dostatnio. Nic dziwnego, przeciętny Warszawiak w czasach PRL-u mógł liczyć na ciasną kawalerkę na powstającym wówczas Ursynowie czy Bielanach, a oni, żyli w luksusowej jak na owe czasy willi z ogrodem w malowniczej części Żoliborza. Rodzina na pozór wydawała się szczęśliwa. Niestety, małżonce zaczynała doskwierać samotność. Nużyło ją bycie panią domu, a monotonia codzienności dobijała ją. Codziennie musiała szykować córki do szkoły, gotować, prać i dbać o dom. Brakowało jej przestrzeni. Pewnego dnia, kiedy jej mąż wrócił po pracy do domu, kobieta zaczęła rozmowę. Żaliła się na swoje monotonne życie. Pan domu jednak, za nic miał rozterki swojej małżonki. Wieczór zakończył się więc awanturą. Niestety, w domu awantur było coraz więcej. Kobieta z każdym dniem cierpiała. Nie miała oparcia w swoim mężu, a najważniejsze dla niej było dobro córek. Mijały kolejne dni, minęła zima, a kiedy przyszła wiosna, kobieta, zdecydowała się na radykalny krok. Spakowała swoje rzeczy oraz córki. Naszykowała bagaże i czekała na męża.
Ten wrócił z pracy jakby nigdy nic.

Żona poinformowała go, że odchodzi i nie chce już z nim żyć. Oznajmiła mu, że ich uczucie dawno się wypaliło a piękna willa na Żoliborzu jest dla niej jak luksusowe więzienie, z którego nie ma ucieczki. Mężczyzna rozpłakał się i padł na kolana. Ubłagał żonę, aby przespali się z tym i rano przedyskutowali to jeszcze raz, kiedy ich córki będą w szkole.
Zapewniał ją, że najważniejsze dla niego jest dobro ich dzieci i nie chce, aby dziewczynki były światkami tak drastycznych wydarzeń. Kobieta przystała na prośbę męża.
Następnego dnia, kiedy obie córki udały się do szkoły małżonkowie zasiedli przy stole. Kobieta argumentowała swoja decyzję i tłumaczyła swojemu mężowi, że tak będzie najlepiej nie tylko dla nich, ale i dla córek, które i tak rzadko widują swojego ojca ze względu na jego długie godziny pracy. Pan domu wydawał się słuchać swojej żony.

Niestety, w jego głowie zakiełkował już dawno inny, mroczny plan. Kiedy kobieta wstała od stołu, mąż rzucił się na nią i zacisnął na jej szyi obie dłonie. Jego żona starała się rozpaczliwie łapać oddech, ale z każdą chwilą opadała z sił. Jej twarz zaczęła sinieć, a po chwili jej oczy wywróciły się na drugą stronę. Martwe ciało opadło na dębową posadzkę w salonie. Mężczyzna spojrzał na swoje ręce i z przerażeniem w oczach zdał sobie sprawę jak strasznego czynu dokonał. Nie wierzył sam w to co się stało. Podniósł kobietę i próbował ją reanimować. Na próżno. Jej martwe ciało wydało już z siebie ostatnie tchnienie. Właściciel domu pomyślał o córkach i wyobraził sobie siebie w więzieniu. Wiedział, że po tym co zrobił, jego dzieci nigdy już nie zechcą z nim rozmawiać, a perspektywa spędzenia reszty życia w więzieniu z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia przeraziła go. Ominął ciało kobiety i pobiegł na piętro. Na stalowym haku, na którym wisiał żyrandol w sypialni zaczepił prowizorycznie linę i założył ją sobie na szyje. Kiedy stał na niewielkim stołku, w jego oczach malowało się przerażenie, strach i rozpacz. Po raz ostatni pomyślał o córkach i pchnął stołek. Jego stopy zaczęły drżeć, a z gardła wydobył się charczący pisk. Krew napłynęła mu do oczu barwiąc zieleń żoliborskich drzew kołyszących się na wietrze za oknem sypialni na czerwono. Po chwili już nic nie widział. Stopy przestały drżeć, a serce w piersi mężczyzny zabiło po raz ostatni. W domu przy Niegolewskiego zapadła cisza. Tylko ceglane ściany domu i drzewa kołyszące się za oknem były jedynymi, niemymi świadkami tych tragicznych wydarzeń.
Z uwagi na fakt, że właściciel domu piastował prominentne państwowe stanowisko, rząd Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej nie chciał nagłaśniać wydarzeń tego wiosennego poranka, a całą sprawę zamieciono pod dywan.
Po kilku tygodniach od tamtych tragicznych wydarzeń, do domu przy Podstarościch 3 sprowadziła się kolejna rodzina. Niestety nie spędziła tam zbyt dużo czasu. Nowi mieszkańcy domu skarżyli się na dziwne odgłosy dobiegające nocą z salonu. Wspominali też o cieniu widocznym w jasny słoneczny dzień w sypialni na piętrze.

Zabrali więc swoje rzeczy i opuścili dom. Podobnie kolejni jego właściciele i kolejni, i kolejni.
Legenda „nawiedzonego domu na Żoliborzu” ciągnęła się latami. Sam niejednokrotnie jako dzieciak mijałem budynek nie zwracając nawet uwagi na niego. Jedyne co przykuwało zawsze moją atencję, to fakt, że dom, odkąd sięgnę pamięcią, zawsze był opuszczony. Nie widziałem co prawda tajemniczych cieni, ani nie słyszałem głosów dobiegających z jego wnętrza, i chyba lepiej, żeby tak pozostało. Kilka dni temu wybrałem się na spacer i wędrując po bliskich mojemu sercu zakamarkach Żoliborza trafiłem na Niegolewskiego. Był już późny wieczór. Tylko kilka ulicznych latarni rozświetlało mrok. Stanąłem przed „Nawiedzonym domem”. Ktoś najprawdopodobniej go kupił i właśnie trwa tam remont. Prawdopodobnie nowy właściciel nie wie o legendzie tego miejsca i o rodzinie, która w ścianach swojego domu zakończyła swój żywot.

Jak już wspomniałem, to co właśnie przeczytaliście to tylko historia usłyszana przed laty przeze mnie oraz kilka informacji, które udało mi się znaleźć kilka lat temu w internecie. Mam nadzieję, że nowy właściciel nieruchomości ukończy remont i zamieszka tam szczęśliwa rodzina, która pokocha swój nowy dom. A historia o domu? Cóż, będzie żyła wśród starych mieszkańców Żoliborza jako ot, kolejna warszawska legenda… ale jak wszyscy wiemy, w każdej legendzie jest ziarnko prawdy… nie prawdaż?





Dodaj komentarz