
Po raz kolejny na tym blogu, po kilku tygodniach przerwy, pora wrócić na statek. Mamy kwiecień, rok 2022, słońce świeci mocno a my wczesnym rankiem dopływamy do kolejnego karaibskiego raju. Śniadanie zjedzone, plecaki spakowane i gotowe do eksploracji wyspy, wygodne buty na nogach zasznurowane. Czekamy więc na balkonie naszej kabiny. Poranne słońce budzące się do życia ponad lazurowymi wodami Morza Karaibskiego oświetla nasze twarze. W porannej mgle widać już zarys wyspy St. Maarten. Wyspa powierzchnią zbliżona jest do Półwyspu Helskiego a zamieszkuje ją prawie tyle osób co mazowieckie Skierniewice. Choć cały czas piszę tutaj o jednej wyspie, warto zaznaczyć, że administracyjnie, wyspa podzielona jest między dwie strefy wpływów; Holenderską oraz Francuską. My dopłynęliśmy do portu w Philipsburg, w południowej, Holenderskiej części wyspy. Generalnie, na tle innych karaibskich wysp i wysepek, St. Maatren nie wyróżnia się niczym wyjątkowym. Plaże, woda, hotele, bary. Jednakże, to co rozsławiło wyspę na cały świat, to jej lotnisko, wyjątkowo położone z pasem startowym wchodzącym praktycznie na plażę u jego krańca. My jednak nie przylecieliśmy tutaj samolotem, a przypłynęliśmy potężnym statkiem wycieczkowym, z którego, kiedy tylko zacumował przy portowym nabrzeżu wysypywać zaczęli się setki pasażerów. O zgrozo, poza naszym pływającym hotelem, przy portowym nabrzeżu zacumowały jeszcze dwie inne, równie pokaźnych rozmiarów jednostki. Postanowiliśmy więc nie tracić czasu i od razu skierowaliśmy się do miasta. Plan na poranek zakładał jak najszybsze przejście przez miasto i skierowanie się w stronę naszej największej dzisiejszej atrakcji. Mieliśmy wjechać kolejką krzesełkową, na jedną z najwyższych gór na wyspie, skąd rozpościera się widok na każdą z jej stron, a następnie zjechać w dół pędząc podwieszeni jedynie w prowizorycznym, materiałowym krzesełku na „tyrolce”. Pędziliśmy więc przed siebie w porannym upale zmierzając najszybciej jak to możliwe w stronę celu. Szybko minęliśmy piękną plażę i budzące się do życia bary i sklepiki. Pracownicy hoteli i prywatnych plaż wystawiali leżaki na piach zapraszając do odpoczynku pierwszych pasażerów pojawiających się w mieście. My byliśmy nieugięci. Skręcaliśmy z jednej ulicy w kolejną zapuszczając się coraz dalej w głąb wyspy. Im głębiej w dzielnice mieszkalne niewielkiego Philibsburga zapuszczaliśmy się, tym dalej od rajskiego krajobrazu odsuwał się obraz pojawiający się przed naszymi oczami. Prawdopodobnie tak głęboko turyści nie pojawiają się, więc gnijące na ulicach worki ze śmieciami rozrywane przez bezdomne koty za pewne nikomu tu nie przeszkadzają.



Szybko opuściliśmy miasto i wzdłuż jednej z głównych arterii komunikacyjnych wyspy zmierzaliśmy do naszej kolejki krzesełkowej. Rajski krajobraz i turkusowe wody obmywające złociste plaże zostały już daleko w tyle a otaczać zaczęły nas rozpadające się domy, zwały gruzu, bezdomne psy i koty oraz dzikie kury uciekającymi przed samochodami w porannych godzinach szczytu. Żar był niesamowity. Temperatura, mimo iż było jeszcze wcześnie, sięgała już 30 stopni Celsjusza. Szybko przemieszczaliśmy się przez ruchliwe ulice w akompaniamencie klaksonów i szczekania bezpańskich psów. Wyspa jako sama w sobie prezentowała się wręcz rajsko. Kilka wzgórz i gór porośniętych tropikalną roślinnością, szmaragdowe jezioro oraz turkusowa zatoka rozciągająca się wzdłuż sławnego pasa startowego. Po dłuższej chwili spaceru dotarliśmy do celu. Szybki odbiór biletów i już siedzimy na krzesełkach wynoszących nas na szczyt góry. Pod naszymi stopami mijały tropikalne krzewi i kwiaty oraz małe drzewa. Im wyżej wjeżdżaliśmy jednak tym bardziej zieleń ustępować miejsca zaczynała piaskom i suchej glebie. Po spokojnej podróży trwającej około pół godziny postawiliśmy nogi na jednym ze szczytów wyspy. Widok zapierał dech w piersi. Tropikalna zieleń wyspy łagodnie opadała w stronę Morza Karaibskiego a ten ciągnąc się po horyzont swoimi turkusowymi wodami, zlewał się na horyzoncie z błękitem bezchmurnego nieba. Kilka miejscowości i skupiska hoteli przełamują zielony krajobraz wraz z czarną wstęgą pasa startowego lotniska.




Nikt nas nie poganiał i nie było na szczycie jeszcze zbyt wielu ludzi. Spacerowaliśmy więc wokół, podziwiając krajobraz, oraz skąpane we mgle wyspy rozrzucone po wodach Morza Karaibskiego. Na górze otwierał się też właśnie bar, więc postanowiliśmy uczcić ten piękny poranek orzeźwiającym drinkiem z, a jakże, palemką. Kolejne minuty mijały, a na szczycie zbierało się coraz więcej turystów. Sielski krajobraz zakłócały rozmowy i okrzyki zachwytu w dziesiątkach języków z najodleglejszych zakątków świata. Postanowiliśmy więc zjechać na dół wspomnianą wcześniej tyrolką. Moja żona lubi adrenalinę i ryzyko. Ja, jednakże nie. Kiedy więc zasiedliśmy w podwieszonych, prowizorycznie wyglądających krzesełkach podczepieni do stalowej liny nad przepaścią aż zamarłem. Nie zważałem wówczas na widok czy krajobrazy. Jedyne co pamiętam, to że żołądek podszedł mi do gardła i już miałem oznajmić obsłudze, że jednak chcę zejść, ale za późno. Stalowe klamry zwolniły zabezpieczenia i nasze „krzesełka” pomknęły w dół z zawrotną wręcz dla mnie jak na tamten moment prędkością. Samego zjazdu nawet nie pamiętam. Pamiętam jednak uczucie radości, kiedy moje stopy znów dotknęły ziemi.

W górę podróż trwała pół godziny, w dół niespełna minutę. Szczęśliwi, już w tempie spacerowym ruszyliśmy w stronę Philipsburga. Mamy jeszcze sporo czasu, więc możemy już na spokojnie zwiedzić miasteczko i zrelaksować się po gargantuicznym wręcz wybuchu adrenaliny jakiego doświadczyłem. Znów spacerowaliśmy przez ruchliwe ulice wyspy, które przecinały dziesiątki samochodów nie zważając jakby na przepisy ruchu drogowego. Po chwili powróciliśmy do miasta. Blask południowego słońca odbijał się w lazurowych wodach Morza Karaibskiego. Plaża zapełniła się już praktycznie w całości pasażerami z trzech statków.





Usiedliśmy więc pod jedną z palm i przez kilka dobrych minut raczyliśmy się lokalnym piwem. Może i nie było to najlepsze piwo jakie kiedykolwiek piłem, ale okoliczności w jakich dane było mi spożywać ten trunek, sprawiły, że smakowało niczym ambrozja. Nie mogliśmy oczywiście opuścić plaży bez kąpieli w laurowych wodach zatoki Grande Bay, nad którą to położone jest miasto Philipsburg. Woda była cudownie ciepła i czysta niczym kryształ. Chyba aż skłonny jestem stwierdzić, że to najładniejsza woda z jaką kiedykolwiek w życiu miałem do czynienia podczas wakacyjnych kąpieli w morzach i oceanach na całym świecie, gdzie kiedykolwiek byłem. Po kąpieli postanowiliśmy przejść się jeszcze po mieście. Niestety, większość miasta, poza częścią, przez którą przechodziliśmy rano, to typowe miasto turystyczne. Drogie butiki i sklepy wołające klientów już z daleka rozsiane były praktycznie na każdej ulicy przylegającej do głównej części miasta. Wróciliśmy więc na statek. Do portu odprowadziły nas łagodne pagórki i kilka tropikalnych palm. Wsiedliśmy na statek wraz z innymi pasażerami. Zjedliśmy późny lunch i poczuliśmy, jak statek odsuwa się od nabrzeża. Kolejny dzień dobiegał końca. Z balkonu naszej kabiny widzieliśmy inne statki płynące oddalające się w swoich kierunkach a my zmierzaliśmy już do kolejnego portu. Lazurowa woda Morza Karaibskiego przybrała barwę granatową a na wyspie znikającej w oddali zapalały się kolejne światła domów i hoteli. Pora na odpoczynek, jutro ciąg dalszy przygód.





Dodaj komentarz