
Na samym początku prowadzenie tego bloga zamieściłem wpis dotyczący Kanału Panamskiego i mojego rejsu przez niego. Generalnie, dla wielu osób, na słowo Panama to chyba jedyne co przychodzi im do głowy. Bo cóżby innego? My zanim jednak przepłynęliśmy z Atlantyku na Pacyfik, zatrzymaliśmy się na jeden dzień w jednym z portów Panamy, po jej atlantyckiej stronie, w miejscowości Colon.
Nasz statek przybił do portu w Colon wczesnym rankiem. Choć był to kwietniowy poranek, powietrze już było duszne i gęste. Wilgotność, jak to w krajach Ameryki Środkowej bliska 90%. Temperatura, choć słońce jeszcze dobrze nie zagościło na niebie po nocy, około 30 stopni Celsjusza. Zjedliśmy więc śniadanie i zabrawszy wszelkie niezbędne rzeczy zeszliśmy na ląd. Z balkonu naszej kabiny miejscowość Colon wyglądała jak typowa, karaibska lub południowoamerykańska mieścinka. Domy, całkiem ładnie wyglądający terminal morski dla przypływających statków i pokaźnych rozmiarów port. Ot miasto jak miasto. Schodząc, jednakże na ląd przekonaliśmy się jak bardzo się myliliśmy. Kiedy tylko opuściliśmy budynek terminala dookoła nas pojawiły się dziesiątki nagabywaczy A to wycieczka, a to pamiątka, a to taksówka. Osaczyli nas a my z trudem opuściliśmy zaciskający się dookoła nas wianuszek ludzi. Kiedy oddaliliśmy się od terminala, myślałem, że najgorsze już za nami i teraz już tylko pozostanie nam cieszyć się wizytą w kolejnym kraju na mapie naszych przygód. Nic bardziej mylnego. Ledwie kilka przecznic od portu, Colon pokazało swoje prawdziwe oblicze. Rozwalające się domy. Okna bez szyb, odpadające balustrady schodów, wraki samochodów na ulicach i przechodnie, patrzący w naszą stronę takim dziwnym a zarazem przenikliwym wzrokiem. Coś jest nie tak. Im dalej zapuszczaliśmy się w miasto, tym było gorzej. Każdy kolejny budynek był większą ruiną od poprzedniego. Na ulicach śmieci mieszały się z wodą i odpadami wylewanymi przez mieszkańców budynków, gdzie ani kanalizacji ani tym bardziej elektryczności nie uświadczymy. Kilka razy pod nasze nogi, ze straganu przy drodze spadł kawałek gnijącego mięsa lub ryby na który łapczywie rzucały się bezpańskie wygłodniale psy. Smród gnijącego mięsa, ścieków i potu wypełniał powietrze nad Colon. Chcieliśmy dojść do centrum miasta, aby wsiąść do autobusu do Panama City, największego miasta Panamy. Po tym kilkunastominutowym spacerze przez nadmorskie Colon mieliśmy już go dość. Parliśmy więc dalej, aby jak najszybciej dojść do zaznaczonego na mapie dworca autobusowego. Kiedy tak kroczyliśmy wśród zapachu zgnilizny i fetoru szlamu, nagle za rękę złapał mnie postawny mężczyzna. Łamanym Angielskim mówi do mnie „nie idź tam. Tam nie dla turysty. Niebezpiecznie. Tu autobus”. W tym samym momencie dookoła nas tłum zaczynał gęstnieć, ludzie patrzyli na nas i z każdą chwilą ich przybywało. Rozglądałem się szukając ucieczki z tego miejsca, ale postawny mężczyzna już wepchnął mnie do nadjeżdżającego lokalnego autobusu. Pociągnąłem Luizę za sobą a drzwi pojazdu zamknęły się. Kierowca oczywiście ani słowa nie mówił po angielsku, więc jedynie zapytałem go czy jedzie do dworca. Przytaknął. Zapłaciłem za przejazd i usiedliśmy w ławce starego i mocno wysłużonego amerykańskiego szkolnego autobusu. Siedzenia kleiły się, w środku było duszno i niesamowicie śmierdziało, ale kiedy patrzyłem przez wybite okno na dzielnice, którą zamierzaliśmy dojść do dworca autobusowego, aż mnie zmroziło. Cała okolica wyglądała jak jedno wielkie pobojowisko ze budynkami, które nie miały ani okien, ani drzwi. Na ziemi góry śmieci, na których pożywiały się bezdomne psy i koty. Dookoła lokalni mieszkańcy popijający od samego rana rozmaite trunki, aby czasem nie wpadło im do głowy zhańbić się jakąś pracą. Obraz nędzy, brudu i potencjalnego niebezpieczeństwa. Dojechaliśmy do dworca. Szybko znaleźliśmy autobus jadący do Panama City. Jeżeli chodzi o sam autobus to wiele lepiej niż w wysłużonym szkolnym autobusie, którym jechaliśmy przed chwilą wcale lepiej nie było. Co prawda miał okna i nawet działającą klimatyzację, ale jego stan techniczny automatycznie i już z daleka dyskwalifikowałby go do dopuszczenia do ruchu jakiegokolwiek cywilizowanego kraju europejskiego.




Pojazd ruszył a my poczuliśmy ulgę opuszczając Colon. Brudne i śmierdzące miasto zostawało daleko za nami, kiedy wjeżdżaliśmy na szeroką i równą autostradę do stolicy kraju. Droga wiła się dookoła lekkich pagórków porośniętych gęstą tropikalną roślinnością. Mijaliśmy małe wsie i miasteczka. Niektóre wyglądały lepiej, inne jak Colon. Obawialiśmy się tego co zastaniemy w Panama City. Po ponad godzinnej podróży dojechaliśmy do miasta. Oczy nam wyszły z orbit na skutek tego co zobaczyliśmy. Ogromne drapacze chmur, biurowce i apartamentowce. Zachodnie restauracje i sklepy znane zarówno z Europy jak i USA. Ludzie z telefonami w ręku śpieszyli w porannych godzinach szczytu do pracy lub szkoły. Co raz mijało nas a to Audi, Maserati czy Mercedes. Aż trudno było nam uwierzyć, że ledwie godzina jazdy przez dżunglę i możemy przenieść się do miasta, które chyba najlepiej porównać do Miami. Im bliżej zaznaczonego na mapie centrum dochodziliśmy, tym więcej przepychu i nowoczesności dane nam było oglądać. Centrum handlowe z butikami topowych światowych marek, apartamentowce wznoszące się na 50 lub i więcej pięter z luksusowymi limuzynami zaparkowanymi przy drzwiach recepcji. Zielona i przystrzyżona trawa oraz odpowiednio przycięte palmy. Inny świat. Inni ludzie. Inne życie. Spacerowaliśmy więc przez Panama City i nie mogliśmy wyjść z podziwu, jak niesamowicie nowoczesna i wręcz Europejska czy Amerykańska jest to metropolia. Wszystko czyste, nowe i pachnące. Naturalnie, zapewne i w stolicy znalazłoby się parę dzielnic czy uliczek rodem z Colon, ale tam, gdzie my trafiliśmy było zupełnie inaczej. Co ważniejsze w Colon, kiedy otoczył nas tłum ludzi z nieznanymi mi wówczas zamiarami, czułem się naprawdę przerażony. W Panama City, czułem się jakbym przechadzał się między biurowcami i apartamentowcami śródmieścia Miami. Spacerowaliśmy więc dalej starając się zobaczyć i doświadczyć jak najwięcej z tego co Panama City ma do zaoferowania, ale niestety czas pędził nieubłaganie zmuszając nas do powrotu na statek a tym samym do Colon. Tym jednak razem nie zdecydowaliśmy się na autobus. Miałem już dość przygód jak na jeden dzień i wybraliśmy Ubera. Po piętnastu minutach, podjechał po nas całkiem spory SUV. Pachnący jeszcze nowością w środku, ze skórzaną tapicerką i wszystkimi najnowocześniejszymi rozwiązaniami samochód okazał się być wyprodukowany w Chinach. Aż ciężko było mi uwierzyć, że właśnie jadę Chińskich samochodem. Gdyby nie znaczek na kierownicy spokojnie zakwalifikowałbym to auto jako jakiegoś nowego Volkswagena czy nawet Volvo. Kierowca nie był zbyt rozmowny. Nie mówił po angielsku a jedyne o czym dość krótko rozmawialiśmy to, kiedy próbowałem mu wytłumaczyć po hiszpańsku, że jedziemy do Colon bo tam czeka na nas statek. Początkowo, mężczyzna, nawet nie chciał nas tam zawieść, a ze słów, które wypowiedział zrozumiałem jedynie „niebezpiecznie”, „bandyci”, „ukraść” i tym podobne. Wyboru jednak nie mieliśmy i jakoś na statek wrócić trzeba było. Pędziliśmy więc ponownie elegancką autostradą a słońce, powoli chylące się ku zachodowi oświetlało nieśmiało zza chmur soczyście zielone zbocza i pagórki tropikalnej Panamy. Sielski krajobraz niestety nie mógł ciągnąć się nieskończoność i już po chwili wjechaliśmy z powrotem do Colon. Na szczęście tym razem oglądaliśmy obskurne miasto tylko z zewnątrz, a dzięki zamkniętym oknom i klimatyzacji, nie musieliśmy wąchać odoru miasta jaki Colon przywitało nas o poranku.




Dojechaliśmy na miejsce. Kierowca Ubera zniknął w mgnieniu oka nie szukając nawet kursu powrotnego do stolicy. My natomiast, szybko kupiliśmy kilka pamiątek i wróciliśmy na statek. Wieczorem usiadłem na pokładzie obserwacyjnym statku, popijając ulubioną whiskey. Zza ogromnych szyb pokładu obserwacyjnego, muskany delikatnie chłodnym powietrzem wydobywającym się z klimatyzacji żegnałem Colon, które układało się do snu. Gdzieniegdzie paliły się światła. Inne budynki całkowicie pogrążone były w ciemności. Kilka latarni na ulicach i parę samochodowych świateł na ulicach. Tutaj luksusem jest szyba w oknie a kilkadziesiąt kilometrów dalej, problemem jest jaki kolor lakieru wybrać do swojego nowego Mercedesa. Ten sam kraj, tak niewielki a tak ogromne różnice społeczne. Dwa światy w jednym miejscu Statek odbijał od nabrzeża a minuta po minucie, Colon znikało w mroku nocy. Wizyta w Panamie była dla nas niesamowitym doświadczeniem. Sami na własnej skórze doświadczyliśmy tego jak żyje się w portowym Colon i zurbanizowanym Panama City. Po tej wizycie jedno wiem tez na pewno. Przepłynięcie Kanału Panamskiego to niesamowite doświadczenie i zapamiętam je na długo. A do Panamy na pewno nie wrócę. Aż takim poszukiwaczem przygód nie jestem.





Dodaj komentarz