
Kolejny dzień na statku i kolejny port na naszej mapie podczas rejsu, który miał miejsce kilka lat wstecz – Grand Cayman wyspa należąca do archipelagu Kajmanów na Morzu Karaibskim, gdzieś pomiędzy Jamajką, Kubą a wybrzeżem Meksyku. Dla większości z nas myśląc Kajmany widzimy ogromne banki, drogie auta, luksusowe butiki i biznesmenów z całego świata, którzy odwiedzają właśnie wyspę, aby dokonać wielomilionowych transakcji i przelewów w placówkach banków, gdzie, aby uniknąć płacenia podatków ulokowali swoje pieniądze. Sam właśnie tak wyobrażałem sobie to miejsce. Kiedy jednak nasz statek zakotwiczył u brzegów Grand Cayman a my postawiliśmy stopę na lądzie, całe wyobrażenie, które latami rysowaliśmy sobie w głowach prysło niczym bańka mydlana. Zacznijmy jednak od początku.
O poranku nasz statek zbliżać zaczął się do celu. Z porannej mgły wyłaniać zaczęły się pojedyncze zabudowania, później hotele i całe dzielnice na „Wielkim Kajmanie”. Niestety, wyspa nie posiadała tak rozbudowanego nabrzeża, aby potężny pasażerski kolos przecinający morza i oceany mógł zacumować u jej brzegów. Na ląd więc transportowały pasażerów małe promy pasażerskie. Pogoda w dniu naszej wizyty na Kajmanach dopisywała. Było gorąco a słońce świeciło z pełną mocą na niebieskim i bezchmurnym niebie. Po krótkim rejsie promem przez lazurowe i przejrzyste wody otaczające wyspę stanęliśmy na jej brzegu. Rozejrzałem się dookoła uważnie wypatrując tych stworzonych przez moją wyobraźnię wielkich banków czy luksusowych butików. Niestety, jedyne co przywitało nas na wyspie to sklep spożywczy, małe centrum handlowe z pamiątkami i dwóch jegomościów rozstawiających właśnie przy ulicy stragan ze świeżo złapanymi rybami. Zamiast banków- rozwalające się domy, zamiast biznesmenów w drogich garniturach- dwóch facetów z rybami a zamiast luksusowych samochodów na ulicach- leniwie kroczące po nich kurczaki. Z niedowierzaniem rozglądałem się wokół, nie więżąc w to, co właśnie widzą moje oczy. Niestety, wzrok mnie nie mylił. Grand Cayman okazały się być kolejną, taką samą karaibską wysepką jak inne, które odwiedziliśmy wcześniej i później podczas naszych podróży. Przeszliśmy się po mieście, które budziło się dopiero do życia. Sklepiki w miasteczku otwierały się a przydrożne kramy już zachęcały przybyszów ze statku do zakupu typowej dla nadmorskich kurortów tandety i pamiątek. Postanowiliśmy zwiedzić więc całą wyspę i wypożyczyliśmy samochód. Na mapie znaleźliśmy wypożyczalnię samochodów i udaliśmy się w jej kierunku.



Zanim jednak tam dotarliśmy musieliśmy przejść przez miasteczko wchodząc coraz głębiej w jego zabudowania. Niestety, jak mówi stare polskie przysłowie, „Im dalej w las, tym więcej drzew”. Jednakże, tutaj zamiast między drzewa, wchodziliśmy w labirynt obskurnych chatek, walających się na ulicy śmieci i całych stad kurczaków przebiegających między naszymi nogami. Staraliśmy się nie zbaczać z głównych szlaków komunikacyjnych, ponieważ widok mniejszych uliczek czy alejek, aż przyprawiał nas o dreszcze. Lokalna społeczność zamieszkująca regiony oddalone nieco od portu, spoglądała na nas z zainteresowaniem i zaciekawieniem za razem. Po dłuższej chwili udało nam się dotrzeć do wypożyczalni samochodów. Formalności załatwiliśmy dość szybko i już po chwili ruszyliśmy na przejażdżkę po Grand Caymanie wynajęty na cały dzień samochodzikiem. Sama jazda po wyspie to nic specjalnego. Po prostu trzeba uważać na ludzi, inne samochody, kurczaki. Największym wyzwaniem dla mnie, zwłaszcza przez pierwsze kilka kilometrów był fakt, iż musiałem za kierownicą usiąść po prawej stronie, ponieważ na Kajmanach ruch jest lewostronny. Z uporem maniaka więc omyłkowo, zamiast kierunkowskazu włączałem wycieraczki, kiedy chciałem zasygnalizować swój zamiar skrętu. Kiedy jednak zdałem sobie sprawę, że praktycznie tylko ja na całej wyspie chcę używać kierunkowskazów, porzuciłem ten pomysł i delektowałem się przejażdżką. Wyjechaliśmy z miasteczka a zamiast rozwalających się chatek dookoła wyrosły palmowe gaje, pojedyncze małe domki, przydrożne kramy i sklepiki oraz całkiem spory cmentarz. Niestety, znów widok taki sam, jak na każdej innej karaibskiej wyspie, z tą jednak różnicą, że Grand Cayman w przeciwieństwie do St. Maarten czy Dominikany jest praktycznie całkowicie płaski. Próżno szukać tu gór czy większych pagórków. Po drodze zatrzymaliśmy się w barze nad brzegiem morza. Przybytek usytuowany był na wysokiej skarpie, o brzeg której z hukiem rozbijały się fale Morza Karaibskiego. Dookoła tropikalna roślinność i oczywiście palmy. Kupiliśmy coś do picia i planowaliśmy co dalej. Niestety, na wyspie nie było naprawdę nic co spragniony zwiedzania turysta mógłby chcieć zobaczyć. Jedyny turystyczny znacznik na mapie to dumnie nazwany „Monument Królowej Elżbiety”. Ustawiliśmy więc nawigację i ruszyliśmy w stronę Monumentu. Znów mijaliśmy małe wioski, mniejsze zabudowania i naturalnie kurczaki swobodnie przechadzające się po ulicach. O tych wyimaginowanych bankach i luksusie, o którym tak długo myśleliśmy zapomnieliśmy już dawno. Po około pół godzinie jazdy przez wyspę i wątpliwej jakości drogi dotarliśmy do podnóża imponującego „Monumentu Królowej Elżbiety”. Cóż, żeby nacieszyć oko tą „turystyczną atrakcją” nie musieliśmy wysiadać nawet z auta. Prawdę mówiąc prawie to miejsce przegapiliśmy, gdyż ów Monument okazał się być jedynie kamieniem wielkości przeciętnego telewizora z wyrzeźbionym na jego powierzchni profilem ówczesnej Królowej Wielkiej Brytanii. Lokalna społeczność chyba nawet zapomniała już o istnieniu tego miejsca, bo sam głaz zarósł już mocno trawą a kilka lokalnych kurczaków urządziło sobie gniazdo w jego cieniu. Popatrzyliśmy jedynie z Luizą na siebie i ruszyliśmy w drogę powrotną do miasta. Na wyspie minęliśmy jeszcze kilka wakacyjnych resortów hotelowych wyglądających całkiem fajnie, ale nijak nadal miało się to do naszego wyobrażenia o Kajmanach. Oddaliśmy auto i wróciliśmy do portowej części miasta. Ta tętniła już życiem na całego. Setki ludzi na ulicach, na straganach handel trwał w najlepsze a w barach spragnieni turyści szukali cienia i zimnych napojów, aby zaspokoić pragnienie. My udaliśmy się jeszcze w wyznaczone nieopodal portu miejsce, gdzie można było popływać i obejrzeć niewielką rafę koralową z kilkoma kolorowymi rybkami. Woda trzeba przyznać była wręcz krystalicznie czysta a podczas nurkowania, w jej odmęty, wzrokiem można było sięgać na kilkanaście metrów w dal. Udało nam się zobaczyć kilka kolorowych rybek i fragmenty koralowej rafy.




Ochłodzeni wróciliśmy na statek. Faktycznie byliśmy rozczarowani. Spodziewaliśmy się zupełnie czegoś innego, a dostaliśmy kolejną przeciętną wysepkę, gdzie życie płynie swoim powolnym tempem.
Patrzyliśmy jeszcze z pokładu na znikający w promieniach zachodzącego słońca Grand Cayman myśląc o całym dniu. W sumie wcale nie było tak źle! Zobaczyliśmy, jak wygląda wyspa, jakie są jej krajobrazy i naturalnie widzieliśmy „Monument Królowej Elżbiety”! Wiadomo, wszystko to było wręcz bezkreśnie odległe od tego co przez lata zbudowaliśmy sobie w głowach myśląc o Kajmanach. Teraz rzeczywistość zweryfikowała nasze wyobrażenia. Na szczęście, dzięki temu co zobaczyłem na Grand Cayman, mogę z Tobą właśnie Drogi Czytelniku podzielić się moimi wspomnieniami z wizyty na wyspie, żebyś sam, kiedy odwiedzisz to miejsce nie był zaskoczony tak jak byliśmy my.
Tak to jest właśnie w podróży; czasami jest kolorowo i zaskakująco, czasami widoki odbierają nam mowę, a czasami jest rozczarowanie. Niestety trzeba się z tym liczyć podróżując przez Świat… ale z drugiej strony, ta niepewność i oczekiwanie są chyba w tym wszystkim właśnie najpiękniejsze.




Dodaj komentarz