W kasynie można wygrać, ale na pewno trzeba przegrać, czyli co zdarzyło się w Las Vegas, zostaje w Las Vegas.

Drogie hotele świecące setkami tysięcy neonów, hałaśliwe kasyna, setki barów i restauracje serwujące dania z całego świata. Tak wygląda Las Vegas. Świątynia hazardu, rozpusty i dobrej zabawy. Oaza w samym sercu Nevady pośród palących piasków bezkresnych pustyń. Ulubione miejsce wypadowe tysięcy Amerykanów, którzy cały czas wierzą, że w jednym z kasyn w Vegas, ich los się odmieni i stawiając pięćdziesiąt lub sto dolarów w jednej z setek dostępnych gier hazardowych, obrócą je w milionową wygraną. Ta gorączka wygranej i łaknienie sukcesu trwają od lat. A wszystko zaczęło się w roku 1905, kiedy to Las Vegas zostało oficjalnie założone. Początkowo jako kolejowy węzeł komunikacyjny, z biegiem lat zyskiwało na swojej świetności, aby dziś, będąc miastem wielkościowo porównywalnym z Krakowem stać się mekką turystyczną na rozrywkowej mapie USA.

W Las Vegas byliśmy dwa razy. Pierwszy raz w roku 2015, następnie w roku 2023 w samym środku lata. Wówczas właśnie poczuliśmy całe to miasto i poznaliśmy je nie tylko ze strony eleganckich hoteli i świecących kasyn, ale i od strony, od której na miasto nie patrzy zwykły turysta. Widzieliśmy bogactwo, drogie samochody i pięknych ludzi przechadzających się deptakiem, aby kilka minut później potykać się niemalże o bezdomnych szukających cienia w małych zaułkach miasta. Zacznijmy jednak od początku, czyli od poranka w mieście. Właściwie, to nasz poranek rozpoczął się w południe, bo po nieprzespanej nocy spędzonej na podróży i w kilku wypożyczalniach samochodów, do hotelu dotarliśmy na dobrą sprawę nad ranem. Wzięliśmy więc prysznic i zasnęliśmy. Kiedy zwlekliśmy się z łóżka, za oknem było już południe. Jasne i ostre słońce świeciło z pełną mocą na rozgrzaną do czerwoności piaszczystą glebę, która w mieście zastępuje wszystkie miejsca, gdzie normalnie znalazłyby się trawniki i naturalne obszary zielone. Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w stronę Las Vegas Strip, czyli głównej ulicy miasta, znanej z wielu filmów czy programów telewizyjnych. To właśnie tutaj dumnie stoją najsławniejsze hotele Las Vegas, takie jak Bellagio czy Ceasars Palace. 

Zaparkowaliśmy na jednym z hotelowych parkingów i ruszyliśmy eksplorować miasto. Zanim jednak wyszliśmy na ulicę, musieliśmy przejść przez kasyno. Nie ważne czy to Bellagio, czy Stratosphere czy Excalibur, każdy z hoteli w Las Vegas jest zbudowany tak, aby zmusić nawet przypadkowego przechodnia, aby odwiedził kasyno. My nie mamy dusz hazardzistów, więc traktowaliśmy wszechobecne kasyna jedynie jako swoiste ubarwienie i tak już pstrokatego miasta. Po pokonaniu labiryntu między stołami do pokera, ruletki czy setek maszyn do gier udało nam się wyjść na ulicę. Na zewnątrz uderzył w nas piekielny wręcz gorąc. Jak w piekarniku, suche pustynne powietrze od razu osaczyło nas i sprawiło, że czuliśmy się jakby temperatura paliła skórę. Przemykaliśmy się więc w cieniu a każde wyjście na słońce powodowało jeszcze większe uczucie palenia na ciele. Nie brakowało jednak ludzi na ulicach. Tysiące turystów przechodziło ulicami z jednych kasyn do kolejnych lub przemieszczało się między hotelami a restauracjami. W powietrzu unosił się miejscami zapach popularnej używki a na chodnikach w okolicach śmietników i przy narożnikach budników stały puste butelki i puszki po rozmaitych alkoholach. W Vegas legalne jest większość używek i usług, które zabronione są w innych stanach USA. Spacerowaliśmy więc ciesząc oko widokiem drogich hoteli i rozmaitych knajp czy barów. Półnagie hostessy rozdawały ulotki zapraszając do korzystania z usług towarzyskich a przedstawiciele sklepów i punktów gastronomicznych zapraszali do dowiedzenia swoich lokali. Miasto żyło pełnią życia. Szliśmy dalej, zatrzymując się co chwila w kolejnych sklepikach, aby zakupić chłodzące napoje. Gorące słońce pustyni, sprawiało, że pragnienie nie opuszczało nas prawie nigdy a delikatne podmuchy wiatru wysuszały skórę i wargi. Butelka za butelką wypijaliśmy wodę, ale zaspokajało to pragnienie tylko na kilka minut. Idąc dalej mijaliśmy kolejne hotele i centra rozrywki. Cała główna ulica w mieście wygląda wszędzie praktycznie tak samo. Zrobiło się już grubo po południu, kiedy zauważyliśmy, że co raz bardziej oddalamy się od centrum miasta. Zabudowa stała się mniej zwarta a ogromne hotele ustępować zaczęły miejsca niższym budynkom, w tym między innymi małej kaplicy, gdzie ślub można wziąć nawet bez wychodzenia z samochodu! Sama kaplica wyglądała tak tandetnie i sztucznie, jak całe miasto. Kicz i neony a wśród nich, facet przebrany ze Elvisa Presleya, udziela ślubu młodej parze wśród dziesiątek bukietów sztucznych kwiatów.

Skręciliśmy w boczną ulice i zaczęliśmy kierować się w stronę parkingu, gdzie zostawiliśmy auto. Niestety, im dalej od głównych arterii miasta odchodziliśmy, tym bardziej przygnębiające widoki miało dla nas Las Vegas. W bocznych ulicach mieszkali bezdomni. Niektórzy w małych namiotach czy kartonach. Inni leżeli na karimatach na ziemi chroniąc rękoma twarz przed słońcem. Każdy zaułek i mniejsza ulica była domem dla dziesiątek ludzi, którzy kiedyś przybyli do Vegas za marzeniami, a kiedy przegrali wszystko, zostali na ulicach miasta, licząc, że jeszcze kiedyś los się do nich uśmiechnie. Smutny i przygnębiający widok. Słońce zachodziło za górami otaczającymi miasto barwiąc niebo na pomarańcz, czerwień a na końcu wchodząc w granat. Gwiazdy na niebie zapalały się jak pojedyncze latarnie. Zapadał zmrok i kończył się dzień. Życie natomiast na ulicach miasta tętniło pełną parą. Wróciliśmy na Las Vegas Strip. Tutaj latarnie były zbędne. Światła z neonów, reklam i wielokolorowych znaków rozświetlały ulice miasta jak prawie jak pustynne słońce w ciągu dnia. Ludzi na chodnikach było jeszcze więcej, choć temperatura nadal bliska była 40 stopniom Celsjusza. W drodze na parking przystanęliśmy przy fontannach hotelu Bellagio gdzie niesamowity pokaz wody i światła zabrał nas w podróż pomagając zapomnieć w jak nieprzyjemnym i ciężkim do życia miejscu znajdujemy się. Palące słońce, piach, susza i pogrzebane marzenia. To Las Vegas. Z jednej strony drogie hotele i kasyna a za rogiem bezdomni i przegrani ludzie szukających resztek sensu swojego życia. Las Vegas bez wątpienia jest symbolem Ameryki. Niestety, bardzo mocno ukazuje nam jak ten kraj wygląda naprawdę. Na zewnątrz blichtr i piękno, które kryje za swoją kolorową fasadą smutek i łzy. Czy tak niebawem będzie wyglądała cała Ameryka? Czas pokaże.

Dodaj komentarz