Synonim luksusu i podróżniczy sen Polaków w latach dziewięćdziesiątych, czyli jak to jest na tej Dominikanie?

Kolejne karaibskie państwo na naszej podróżniczej mapie. Dominikana. W pewnym sensie było to moje marzenie, aby zobaczyć, jak wygląda ta wyspa. Kiedy byłem dzieciakiem nazwa tej karaibskiej wyspy przewijała się praktycznie wszędzie i cały czas. Zawsze, kiedy przychodził czas wakacji tudzież ferii zimowych, biura podróży w Warszawie, punkty last minute na stołecznym „Okęciu” i popularne w latach dziewięćdziesiątych programy telewizyjne sprzedające wycieczki zlewały nas widokami egzotycznych miejsc, gdzie praktycznie każdy może wybrać się na urlop. Była Tunezja, Egipt, Turcja, Grecja. Była też ona, wyspa marzenie wszystkich bardziej zamożnych Polaków. Dominikana. Zdjęcia i obrazy w telewizji kusiły rajskimi plażami skąpanymi w słońcu, gdzie złocisty piasek otulały delikatnie lazurowe, ale morza Karaibskiego a ogromne palmy chyliły się ku wodzie dając wytchnienie od żaru palącego wręcz słońca. Każdy chciał tam być. Nie tylko ja, bo również i moi rodzice niejednokrotnie siedzieli na kanapie patrząc w ekran telewizora, na którym wyświetlały się rajski widoki Dominikany. Tropikalne drinki i architektura hoteli, eleganckie pokoje i coś, o czym śnili wszyscy; All Inclusve! Wszystko w cenie! Posiłki, przekąski, napoje, alkohole! Czy można wyobrazić sobie lepsze wakacje? Piękna pogoda i drink z palemką w cieniu palmy na rajskiej plaży. Niestety, zaporowe wówczas ceny takich wycieczek sprowadzały moich rodziców zawsze na ziemię, a jako wakacyjne destynacje, po trwających kilka dni burzach mózgów padało na Włoch, Grecję albo Wyspy Kanaryjskie. Dominikana została na ekranie telewizora i w moich dziecięcych marzeniach. Jednakże kilkanaście lat później, moje dziecięce marzenie się spełniło! Dotarłem na Dominikanę i postawiłem stopę na jej brzegu. 

Pewnego kwietniowego poranka nasz statek, a jakże, przybił do portu Puerto Plata. Już z daleka, balkonu naszej kabiny dostrzec dało się wyłaniające się z porannej mgły, porośnięte bujną, tropikalną roślinnością góry Dominikany. Lazurowa woda z hukiem rozbijała się o wystające z wody u wejścia do portu skały. Mimo, że był to kwiecień, słońce już paliło nasze twarze. Szybko zeszliśmy na ląd, aby rozpocząć eksploracje wyspy. Port, do którego przybił nasz statek znajdował się około 20 minut jazdy od miejscowości Puerto Plata. W samym, jednakże porcie, władze wyspy, wraz z grupą niezależnych inwestorów, zbudowały coś na kształt całodniowego resortu, gdzie po zejściu ze statku, pasażer nie musi absolutnie nigdzie jechać! Na miejscu bowiem czeka już na niego basen z czystą wodą, rajska plaża jak z okładki pisma podróżniczego, kilka barów, parasole, leżaki, chatki z jacuzzi a także niezliczone punkty handlowe. Nietrudno się domyślić, że praktycznie wszyscy pasażerowie statku, zostali nie miejscu w porcie. My, jednakże, chcieliśmy zobaczyć choć trochę wyspy. Znaleźliśmy więc taksówkę i ruszyliśmy do miasta. Kierowca totalnie nic nie mówił po angielsku a moja znajomość hiszpańskiego jest raczej mocno podstawowa, więc dogadanie się z taksówkarzem nie należało do najłatwiejszych zadań. Na szczęście, zrozumieliśmy się na tyle, aby ustalić, że za 50 dolarów mężczyzna obwiezie nas po mieście Puerto Plata i jego okolicach, zwiedzimy stare miasto i wjedziemy na górę, na której znajdziemy tropikalna dżunglę oraz taras widokowy.

Ruszyliśmy więc w stronę Puerto Plata. To co widzieliśmy przez kilka kilometrów przejażdżki do miasta, totalnie różniło się od widoków z telewizora które zapamiętałem z dzieciństwa. Rozwalające się domy, prowizoryczne pawilony handlowe, bezpańskie psy i rozpadające się samochody. Wszystko otoczone palmami, krzewami i niekoszoną nigdy trawą. Dojechaliśmy do miasta. Samo Puerto Plata to typowe karaibskie miasteczko. Spacerując wąskimi uliczkami miasta czuć wpływy hiszpańskie. Sama architektura miasta już z daleka jasno uświadamia nam, że Puerto Plata zbudowali hiszpańscy kolonizatorzy. Z uwagi na fakt, że odwiedziliśmy dość sporo karaibskich wysp i mamy pewne porównanie z innymi miejscami, Puerto Plata, na tle innych miast Karaibów, nie wyróżnia się niczym niesamowitym. Kilka starych domów, kościół w samym sercu miasta, fort obrony u wejścia do portu oraz kamienne domy mieszkalne. Kilka sklepików z pamiątkami, lokalne sklepy spożywcze, stacja benzynowa. Po prostu zwykłe miasto. Kupiliśmy więc parę pamiątek i ruszyliśmy dalej. Przyszedł czas na wjechanie kolejką linową na jeden z górskich szczytów, skąd podobno rozpościera się zapierający dech w piersi widok na wyspę oraz zatokę. Istotnie tak było. Po około 20 minutach podróży kolejką linową, znaleźliśmy się w tropikalnej dżungli. Gęsta roślinność, palmy, bambusy i niesamowity hałas setek gatunków ptaków przywitał nas na szczycie góry. Kiedy podeszliśmy do murku wyznaczającego granicę tarasu widokowego, faktycznie odjęło nam mowę. Widok był przepiękny. Strome zbocze góry usiane niezliczoną ilością roślin, pojedyncze chatki skryte między drzewami, w dole miasto Puerto Plata a tuż za nim, ciągnące się po horyzont, lazurowe wody Morza Karaibskiego, które zlewały się w jedność z błękitem nieba hen, daleko za widnokręgiem. Soczysta zieleń i błękit. Takie kolory dominowały na Dominikanie. Ruszyliśmy na spacer zagłębiając się w dziką naturę tropikalnej dżungli. Przez chwilę czuliśmy się jak odkrywcy, wyznaczający nowe szlaki między dziewiczymi rejonami nowoodkrytych części świata. Gęste palmy wraz z soczyście zieloną roślinnością tworzyły swoisty tunel nad naszymi głowami, a ponad tunelem, setki jazgotliwych ptaków rozpoczynało swój dzień. Wspaniałe przeżycie i cudowne doświadczenie. Czas płynął nieubłaganie, a my wróciliśmy do naszego kierowcy. Przyszedł czas na ostatnią część wycieczki, czyli przejażdżkę po okolicy. Szybko wyjechaliśmy z Puerto Plata na mniejsze drogi. Mijaliśmy palmowe gaje, pola i pojedyncze zabudowania. Niestety, im dalej odjeżdżaliśmy od miasta, tym widok bardziej stawał się przygnębiający. Śmieci, zużyte opony samochodowe, puste butelki, opuszczone domy, zardzewiałe samochody niszczejące w palącym słońcu Karaibów. Ponownie, nie był to rajski widok jaki zapamiętałem z dzieciństwa. Starając się porozumieć z naszym kierowcą, udało mi się ustalić, że oczywiście, piękne i eleganckie miejsca z folderów wakacyjnych jak najbardziej istnieją, ale wstęp do nich mają tylko przybywający doń turyści oraz obsługa. Powiedział, że może nas zawieźć do takiego resortu, ale i tak nie przekroczymy szlabanu. Jako dzieciak, myślałem, że cała Dominikana wygląda jak raj na ziemi. Rzeczywistość okazała się, jednakże inna. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych, na Dominikanę przyjeżdżali turyści ani myśleli o opuszczaniu wygodnego hotelu, gdzie alkohol leje się strumieniami, rozrywek jest niezliczona ilość a rajskie plaże zachęcają do wypoczynku. Nikt nie myślał o eksploracji miasta i okolic, żeby poznać i dowiedzieć się jak jest naprawdę. Po co uciekać z raju, kiedy to właśnie z szarej, codziennej rzeczywistości do tego raju uciekamy choćby na jedynie dwa tygodnie, aby odreagować obowiązki i trud dnia codziennego. Lekko zasmuceni przygnębiającym widokiem prawdziwej Dominikany wracaliśmy do naszego portu. Po drodze, kierowca, widząc nasze rozczarowanie, chciał nam pokazać jeszcze dzielnicę, gdzie mieszkają bogaci Dominikańczycy. Nie wyglądało to wiele lepiej niż inne miejsca. Ot duże domy z obskurną elewacją otoczone wysokim murem i drutem kolczastym.

Znowu tyle kontrastów. Z jednej strony piękna i dzika natura, zapierające dech w piersi widoki a z drogiej strony bród, śmieci i bieda. Będąc w resorcie nie doświadczymy tego i nie zobaczymy prawdziwej strony wyspy. Może to i dobrze. Moje dziecięce wyobrażenie o Dominikanie prysło jak mydlana bańka, kiedy wchodziliśmy wieczorem na statek. Miałem cały czas przed oczami sterty śmieci i rozpadające się domy które widzieliśmy w Puerto Plata. Może faktycznie byłoby lepiej nie widzieć tego wszystkiego? Może faktycznie lepiej byłoby pojechać do resortu i przez dwa tygodnie żyć jak w raju? Wtedy Dominikana pozostałaby dla mnie zawsze rajem na ziemi. Dzisiaj, wyspa ta nie wyróżnia się w moich oczach niczym innym i nadzwyczajnym niż Puerto Rico, St. Maarten czy St. Thomas. Dzika natura, palmy, rajskie plaże, a gdzie nie widać, śmieci i gruz. Niestety to obraz większości karaibskich wysp. Szkoda. 

Dodaj komentarz