
Uwielbiam góry. Górskie wycieczki latem i narty zimą. Odpowiada mi górski klimat, powietrze i przede wszystkim zapierające dech w piersi krajobrazy. Morze, gdzie nie spojrzeć wszędzie i z każdej strony wygląda tak samo. Jedne akweny są bardziej błękitne, inne turkusowe, inne znów wręcz zielone. Jednakże, na wodzie zawsze po horyzont rozciąga się pustka. W górach, gdzie nie spojrzeć, jest inaczej. Łagodne zbocza lub strzeliste szczyty, zielone łąki i lasy, lub skaliste grzbiety górskich łańcuchów. Piękno natury w najczystszym wydaniu. Co więcej, w każdym miejscu świata góry są inne. W USA, zależnie czy jesteśmy na wschodzie w sercu Appalachów czy na zachodzie między szczytami Gór Skalistych, można odnieść wrażenie, że wręcz znajdujemy się na dwóch różnych planetach. Appalachy urzekają swoją naturą. Zielone i łagodne zbocza zachęcają do pieszych wędrówek. Góry Skaliste są ostre i próżno szukać na ich szczytach życia. Jeden kontynent, jeden kraj a tyle różnic.
Najlepiej przekonałem się o tym na własnej skórze, kiedy kilka lat temu, podczas objazdowej wycieczki samochodowej zawitaliśmy do Telluride. Niewielkiej miejscowości położonej w dolinie z trzech stron otoczonej majestatycznymi górami.
O istnieniu tegoż miasta nawet nie wiedziałem. Planowaliśmy z Luizą podróż i jako jeden z punktów do odwiedzenia na mapie w górach Kolorado wybrałem naturalnie Aspen. Najpopularniejsze, najgłośniejsze i najbardziej rozpoznawalne miasto Gór Skalistych. Kurort narciarski, przyciągający w sezonie tysiące miłośników białego szaleństwa, aby za dnia mogli poszusować na swoim ekstremalnie drogim sprzęcie, a nocą wybrać się na kolację do jednej z wielu, równie drogich restauracji. Komercja, komercja i jeszcze raz komercja – Tak Aspen opisał mi mój znajomy, z którym kiedyś pracowałem, Frank. Frank odradził mi wizytę w kurorcie a zamiast tego zasugerował odwiedzenie Telluride. Pierwsze słyszę! Telluride? Nie chcąc zdradzać zbyt wiele, Frank zapewnił mnie, że jeżeli tak kocham góry, to na pewno się nie rozczaruję. Opowiedział mi również, legendę dotyczącą nazwy miasta. Otóż, lata temu, za czasów kowbojów i Indian, kiedy kolonizowano zachód USA, założono osadę. Między górskimi szczytami, z dala od utartych szlaków komunikacyjnych, miasto miało być bezpieczną przystanią dla podróżników przez góry skaliste. Nie było zbyt popularne a życie płynęło tam bardzo powoli. Latem, choć względnie blisko rozległych pustyń dzikiego zachodu, wielkie góry dawały miastu cień i chłód. Zimą jednak, kiedy Kolorado pokrył śnieg, osada stawała się niemalże niemożliwa do zlokalizowania i odwiedzenia. Wówczas, kiedy któryś z lokalnych kowbojów lub jakiś dyliżans musiał do zasypanego śniegiem, górskiego miasta zawitać, mawiano „To hell you ride”, czyli „Wybierasz się do piekła”. Określenie tak mocno przyległo do osady, że z czasem stało się stałym określeniem miasta, a z „To hell you ride” utworzono Telluride. Tak jest po dziś dzień. Coż, w dobie nowoczesnej technologii, rozbudowanej sieci autostrad i samochodów, dotarcie do miasta nie jest już zbytnim wyzwaniem. Do Telluride jednak, nadal prowadzi jedna droga. Dość wąska, wijąca się jak węgorz między surowymi zboczami gór. Na końcu drogi wita nas Telluride. Nie ma z miasta innej oficjalnej drogi wyjazdowej. Telluride to po prostu koniec trasy. Tak też było dla nas, pewnego letniego popołudnia.



Około godziny czternastej przyjechaliśmy do miasta. Przywitał nas spokój i cisza panująca na ulicach. Nie było gwaru ani hałasu. Kilka aut powoli przemierzało wąskie ulice miasteczka, a ludzie spacerowali chodnikami wzdłuż budynków. Główna ulica Telluride, którą też wjeżdża się do miasta, po dziś dzień zachowała swój klimat rodem z „Dzikiego Zachodu”. Stojące wzdłuż drogi piętrowe budynki, niektóre wciąż drewniane wyznaczają centrum miasta. Kiedyś zapewne strudzony wędrowiec, znaleźć mógł w nich schronienie i strawę. Dziś znajduje się tam kilka restauracji, barów oraz sklepy ze sprzętem narciarskim oraz wspinaczkowym. Od głównej ulicy odchodzi kilka mniejszych i bardzo wąskich dróg. Przy nich znajdują się niewielkie hoteliki i pensjonaty. Im dalej naturalnie od głównej ulicy, tym bardziej zabudowa staje się nowocześniejsza. Kiedy Telluride zyskało dostęp do powszechnych dróg komunikacyjnych, ożyło na nowo, stając się mekką dla miłośników alpinizmu oraz narciarzy. Góry otaczające miasto są wręcz nieskończoną skarbnicą przygód dla miłośników pieszych wędrówek oraz amatorów wspinaczek wysokogórskich. Miasteczko nie jest duże. Wręcz pokuszę się o stwierdzenie, że jest naprawdę małe. Spacer więc po nim nie zabrał nam zbyt wiele czasu. Obeszliśmy kilka bocznych ulic, znajdując hotel na noc, przeszliśmy się od początku do końca główną ulicą, zjedliśmy obiad i napiliśmy się piwa produkowanego w lokalnym browarze. Nie zajęło nam to zbyt wiele czasu a słońce dopiero zaczynało swój spacer w stronę widnokręgu. Postanowiliśmy więc wjechać na szczyt jednej z gór kolejką linową z praktycznie samego centrum Telluride. Co ciekawe, okazało się, że wspomniana właśnie kolejka linowa, zimą wwożąca narciarzy w wyższe partie gór a latem piechurów oraz górskich rowerzystów, jest bezpłatna! Ucieszyliśmy się z tego, ponieważ niestety, ale ceny w miasteczku były ogólnie dość wysokie. Nie zwlekając zbyt długo wjechaliśmy na górę. Widok, który ukazał się naszym oczom wręcz odjął nam mowę. Zachodzące słońce oświetlało górskie zbocza. Na dole porośnięte niewielką ilością drzew, kawałek wyżej, przebijająca przez zieleń, charakterystyczna dla zachodu USA czerwona skała, później znów zieleń skąpana w słońcu a na samej górze, hen jeszcze wyżej niż staliśmy skaliste szczyty gór. W dolinie, pogrążone w cieniu Telluride powoli układało się do snu. Piękny i niezapomniany widok, który niejednokrotnie wraca do mnie, kiedy myślę o górach. Przespacerowaliśmy się po okolicy. Minęło nas kilku rowerzystów oraz alpinistów wracających ze zdobytych wcześniej szlaków. Po drodze natrafiliśmy na niewielką drewnianą chatkę, która pewnie kiedyś była schronieniem dla spędzających noc w górach zimą turystów. Wróciliśmy kolejka do miasta patrząc z jej okien jak Telluride pochłania noc. Wróciliśmy do hotelu, wykąpaliśmy się i poszliśmy na kolację. Było już dość ciemno a miasto rozświetlało jedynie światło ulicznych latarni oraz blask nocnego życia. Niebo wyglądało pięknie, pełne gwiazd. Postanowiliśmy wtedy, że po kolacji wjedziemy jeszcze raz na górę kolejką, aby zobaczyć czy ze szczytu lepiej będzie widać gwiazdy. Przeczucie nas nie myliło. Pierwszy raz wówczas widziałem takie niebo. Położyliśmy się z Luizą na trawie i patrzyliśmy w niebo. Nie było księżyca. Czarną, jednakże pustkę nad nami rozświetlały miliardy migocących kropek. Widzieliśmy chyba każdą możliwą planetę i gwiazdę jaką da się zobaczyć z ziemi. Znaleźliśmy Drogę Mleczną, a nawet kilka satelitów krążących na niższych orbitach naszej planety. Nigdy wcześniej i później jak na razie, nie widziałem czegoś takiego. Usiadłem na trawie. Blask gwiazd oświetlał delikatnie górskie zbocza a w dole tysiącami kolorów mieniło się Telluride. Coś przepięknego.




Wróciliśmy do hotelu i poszliśmy spać. Rano ruszamy dalej kontynuować naszą wycieczkę.
Jak to dobrze, że wtedy posłuchałem się Franka. Że nie uparłem się, aby jechać do Aspen, tylko zdecydowaliśmy się odwiedzić nieznane nam Telluride. Wspaniałe, ciche i spokojne górskie miasteczko, które rozkochało nas w sobie bez reszty. Piękne widoki, sielankowe i spokojne miejskie ulice i chodniki, klimatyczne restauracje i bary oraz góry. Piękne, majestatyczne i surowe góry. Każdemu zawsze będę polecał, aby odwiedzić Telluride. Również i Ty drogi czytelniku, jeśli wybierasz się w podróż po USA, sprawdź, czy w Twoim planie znajdziesz miejsce, aby odwiedzić to miejsce. Zaufaj mi, tak jak ja zaufałem Frankowi; nie będziesz żałować!
Aspen odwiedziliśmy kilka lat później. Nie zrobiło na nas takiego wrażenia jak Telluride. Bardzo komercyjne, ociekające tandetą jak Las Vegas, bez tego typowego dla górskich miejscowości klimatu. Nadal naturalnie oferuje piękne widoki i doskonale przygotowane trasy narciarskie, ale z głębi serca powiem Wam, że jeżeli miałbym się wybrać ponownie w góry Kolorado, i mógłbym wybrać dowolne miejsce, to wybiorę Telluride. I wiesz co? Znów nocą wjadę kolejką linową na szczyt góry, aby leżąc na trawie patrzeć w niebo gdzie tylko w tym momencie, tylko dla mnie, świeci miliard gwiazd, a cały świat wówczas nie ma znaczenia.



Dodaj komentarz