
Afryka. Niektórzy mawiają „czarny ląd” widząc przed swoimi oczami bezkresne pustynie, sawanny i stada dzikich zwierząt uciekających w popłochu przed drapieżnikami. Również i ja tak właśnie postrzegałem całą Afrykę. Aż do dnia, kiedy nasz statek wycieczkowy, na którym przemierzaliśmy dalekie kraje Azji, bliski wschód, rajskie wyspy Oceanu Indyjskiego oraz Afrykę, przybił do portu w Kapsztadzie. Już z balkonu statku widać było, że opisy Afryki rodem z podróżniczych książek i czasopism, w Kapsztadzie nie znajdują nawet za grosz zastosowania. Naszym oczom objawiło się bowiem, tętniące życiem miasto. Ruchliwa autostrada, po której pędziły setki aut, kilka wysokościowców, mieszkalne osiedla apartamentowców i salony samochodowe rzekłbym, dość egzotycznych marek, nawet jak na rynek europejski. Już od samego rana zaskoczenie.
Opuściliśmy statek i z bagażami wsiedliśmy do autokaru, który to przez cały dzień miał nas wozić po największych atrakcjach Kapsztadu i okolic. Zaczęło się od przejażdżki po mieście.



Autobus kręcił w wąskich uliczkach miasta i łamał się skręcając raz w lewo a raz w prawo między osłoniętymi murami i drutem kolczastym domami. W tle majestatyczne góry, w dolinie miasto a zaraz za naszymi plecami szumiący złowrogo Ocean Indyjski. Piękny widok. Autokar wjechał na biegnącą wzdłuż oceanu drogę. Apartamentowce na lewo, nadmorska promenada po prawej a za nią ocean. Aż chciałoby się wysiąść i pospacerować w porannym blasku słońca, które oświetlało rozbijające się z hukiem o skały potężne fale. Niestety, Republika Południowej Afryki jest jednym z najniebezpieczniejszych krajów na Świecie. Praktycznie codziennie dochodzi tam do porwań, kradzieży, rabunków a nawet gwałtów czy zabójstw. Wielokrotnie odradzano nam spacerowanie po RPA samemu a armator, z którym płynęliśmy bez przerwy przestrzegał nas przed zapuszczaniem się w położone na uboczu dzielnice mniej turystyczne. Dla tego też właśnie zdecydowaliśmy się na wycieczkę zorganizowaną z certyfikowanym przewodnikiem. Póki co, nie mieliśmy powodów do narzekania. Opuszczaliśmy właśnie Kapsztad a naszym oczom ukazały się potężne klify schodzące gwałtownie do oceanu. U ich podnóży kilka niewielkich, malowniczych miasteczek przywodzących na myśl znane nam nadmorskie miasteczka z Francji czy Niemiec. Aż trudno uwierzyć, że jesteśmy w Afryce! Szybki postój na kolka fotek i jedziemy dalej. Droga wije się coraz bardziej wzdłuż wybrzeża wspinając się powoli na klify górujące nad błękitnymi wodami Kapsztadu. Kolejne miasteczka, kolejne zatoczki i przepiękne góry. Po trwającej kolka dobrych minut przejażdżce wzdłuż klifu, nasz autokar odbił nieco w głąb lądu. Morski krajobraz i klify ustąpiły miejsca coraz większym górom i sadom. Każdy amator wina winien wiedzieć, że RPA, zwłaszcza okolice Kapsztadu, to wyborne wręcz miejsce dla winorośli, a wina produkcji południowoafrykańskiej znaleźć można tutaj praktycznie wszędzie! Podróż trwała dalej a my zbliżaliśmy się w stronę największej tego dnia atrakcji – Przylądka Dobrej Nadziei. Widoki za oknem autokaru nadal z każdym kilometrem wciąż się zmieniały. Łąki i sady owocowe zmieniać zaczęły się w lasy, później pastwiska a ostatecznie w trawiaste pustynie smagane wiatrem wiejącym od przylądka.



Dojechaliśmy na miejsce. Na zewnątrz było dość chłodno. Przed nami jedna z atrakcji „Rezerwatu Przylądka Dobrej Nadziei”. Latarnia morska, która wiele lat wstecz wskazywała drogę statkom, ostrzegając marynarzy przed skalistym wybrzeżem i niechybną śmiercią, jaka czekać na nich mogła, kiedy ktoś popełniłby błąd w nawigacji okrętu. Niestety, szczyt góry, na której owa latarnia znajdowała się, spowijały gęste chmury. Dotarliśmy na szczyt kolejką linowo terenową i otuleni białą jak mleko mgłą nasłuchiwaliśmy szumu oceanu, którego fale, gdzieś tam hen pod nami rozbijały się o kamienisty brzeg południowej Afryki.


Lekko rozczarowani wróciliśmy do autokaru, aby następnie, przejechać pod tablicę informującą, że właśnie znajdujemy się na najbardziej na południe wysuniętym krańcu Afryki. Tam pogoda już dopisywała. Słońce świeciło a błękitny ocean odbijał jasne promienie dnia. Pamiątkowe zdjęcie i ruszamy dalej.


Kolejna niespodzianka przed nami już za chwilę, ale póki co nasz kierowca wytoczył wielki autokar znów na wąskie drogi wiodące przez malownicze miasteczka nad brzegiem oceanu. Holendersko i brytyjsko brzmiące nazwy ulic przypominają o czasach, kiedy to RPA była właśnie we władaniu europejskim a koloniści, starali się odtworzyć na dalekim południu choć trochę miejsca krajobrazy bliskie ich sercom. Udało im się to naprawdę bardzo dobrze. Wiele z tych miasteczek sprawia wrażenie, jakbyśmy cały czas byli na starym kontynencie a jeden z oficjalnych języków używanych w RPA – Afrikaans – do złudzenia przypomina język Holenderski. Było już dość dobrze po południu, kiedy autokar zatrzymał się na parkingu przy plaży. Nie była, jednakże to taka zwykła plaża. Boulders Beach, bo tak właśnie nazywa się to miejsce jest domem dla liczącej tysiące sztuk kolonii pingwinów afrykańskich. Małe czarno-białe ptaki przechadzają się po plaży nie robiąc sobie nic z obecności ludzi, którzy to z drewnianych kładek ustawionych nad piachem bez przerwy robią zdjęcia pokracznie tuptającym nielotom. To chyba pierwszy raz w moim życiu, kiedy na własne oczy widziałem pingwina na wolności. Nie w ZOO czy parku, ale w jego bądź co bądź, naturalnym środowisku!



Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. Również i nasza wycieczka po Kapsztadzie dobiegała powoli do końca. Zatrzymaliśmy się jeszcze na późny obiad w lokalnej restauracji a później, kiedy słońce już zaszło, otuleni mrokiem nocy kontynuowaliśmy naszą podróż przez Kapsztad w stronę lotniska, gdzie nasza przygoda miała się zakończyć. Kapsztad żegnał nas nocą pełną świateł, a gasnące za górami słońce rozświetlało niebo niezliczoną ilością barw od żółtej po ciemny granat a daleko na wschodzie czerń. Czarne zbocza gór w ostatnich promieniach zachodzącego słońca przywodziły mi na myśl pustynne krajobrazy Nevady lub Kalifornii. Drugi koniec świata, tak odległy, a jednak tak podobny do tego co na własne oczy widzieliśmy po drugiej stronie globu. Na lotnisko jechaliśmy dość ruchliwą autostradą. Setki samochodów zmierzały w znanym tylko sobie celu. Nie było korków. Może dla tego, że było już dość późno, a może dla tego, że autostrada była dość szeroka i wiodła jedynie na lotnisko? Nie mam pojęcia. Po dłuższej chwili dotarliśmy na miejsce. Część pasażerów statku, którzy razem z nami wybrali się na wycieczkę, zabrawszy swoje bagaże ruszyła w stronę wejścia do terminala lotniska. My w przeciwną stronę, w kierunku hotelu. Lot mieliśmy dopiero następnego dnia, więc chcieliśmy się jeszcze dobrze wyspać przed podróżą. W pokoju szybki prysznic i już leżeliśmy w śnieżnobiałej pościeli. Za oknem światła Kapsztadu rozświetlały niebo nad miastem jasną łuną. Przepiękne miejsce. Przepiękne krajobrazy i niezapomniane wrażenia. Jaka szkoda, że ten kraj jest tak niebezpieczny. W Republice Południowej Afryki jest jeszcze tyle zapierających dech w piersi miejsc, które chciałoby się odwiedzić. Tyle parków do przejścia, tyle widoków do zobaczenia, tyle dziewiczych zatoczek do odkrycia. Miejmy nadzieję, że wkrótce RPA stanie się krajem, który będzie można zwiedzać na własną rękę. Bardzo byśmy chcieli tam wrócić, bo to co zaoferował nam Kapsztad, ujęło nas i rozkochało. Dziś żegnamy się ze stolicą RPA. Liczymy, że nie jest to ostateczne pożegnanie, a jedynie ciche i pełne nadziei „do zobaczenia”… Bardzo chcemy tutaj wrócić… Chcemy więcej…



Dodaj komentarz