
Byliśmy już na wielu rejsach statkami. Zaczynaliśmy od parudniowych wypraw, aby sprawdzić, jak nasze organizmy zniosą kołysanie i pewnego rodzaju zamknięcie w metalowej puszce pośrodku bezkresnego oceanu, aż stopniowo wybieraliśmy się na co raz dłuższe wyprawy a to po Karaibach, a to na Alaskę, ażeby pewnego pięknego, wiosennego dnia, skończyć na pokładzie statku, ruszającego z Miami w stronę Ameryki Południowej i przede wszystkim, bohatera dzisiejszego wpisu, czyli Kanału Panamskiego.
Dzień przeprawy zaczął się jeszcze na wodach Oceanu Atlantyckiego, u wybrzeży Panamy. Ją też odwiedziliśmy, ale to zdecydowanie materiał na oddzielny wpis.
Słońce leniwie wstawało na horyzoncie, powoli rozświetlając niebo oraz wyciągając z wody, jej najpiękniejsze barwy nadane przez naturę. Wstaliśmy wcześnie, ażeby na pewno nie przegapić żadnego z momentów przeprawy przez Kanał Panamski. Co w tym takiego niesamowitego – zapytacie? Otóż Kanał Panamski to jeden z 7 nowożytnych cudów świata. Konstrukcja stworzona ludzką ręką z betonu i stali łączy Atlantyk z Pacyfikiem, przecinając środkowoamerykański kraj Panama praktycznie na pół. Długość kanału to w sumie ponad 80 kilometrów, a składa się on aż z 12 śluz, powodujących że poza podróżą w poprzek Panamy, statek porusza się jeszcze w górę i w dół gdzie pokonuje różnice wysokości dochodzące do 25 metrów nad poziom morza.



Wczesnym rankiem, nadeszła nasza kolej na przeprawę. Statek ruszył powoli w stronę pierwszej śluzy. Nie trudno domyślić się, że wszystkie najlepsze miejsca obserwacyjne na wyższych pokładach statku zniknęły tak szybko, jak pewne popularne klapki w znanym dyskontowym sklepie. Niestety, my starając się nacieszyć oko widokami tropikalnych lasów z balkonu na przodzie statku, nie zdążyliśmy zająć najlepszych miejsc, i całą podróż musieliśmy obserwować na stojąco z pokładu obserwacyjnego, lub z drugiego rzędu siedzeń klimatyzowanego baru na 12 pokładzie. Statek wtoczył się w pierwszą śluzę. Ogromne liny cumownicze zapięły do stalowych haków dwie małe lokomotywy po obu stronach statku i rozpoczął się proces holowania naszej łajby. Choć niepozornie wyglądające, malutkie lokomotywy, pamiętające jeszcze zapewne czasy zeszłego stulecia, ciągnęły dzielnie ogromnego, stalowego kolosa, wraz z tysiącami pasażerów na pokładzie. Zatrzymaliśmy się a za statkiem zaczęły zamykać się pierwsze grodzie śluzy. Małe lokomotywy stały w bezruchu, czekając aż pierwsza śluza uniesie potężny statek pasażerski na wyznaczony poziom. Gołym okiem ciężko byłoby zobaczyć, jak statek rusza się w górę w miarę przybywania wody w śluzie. Jednakże, patrząc na latarnie, do których potężny kadłub statku niemalże dotykał, widać było, że mozolnie, choć sukcesywnie, idziemy w górę. Po dłuższej chwili, osiągnęliśmy poziom pozwalający na otwarcie przednich grodzi. Wrota rozwarły się na boki a my w towarzystwie małych lokomotyw ruszyliśmy w przód. Atlantyk zostawał w tyle, a nas co raz bardziej otaczała soczyście zielona flora porastająca Panamę. Gęsta roślinność, sięgające ku słońcu wysokie palmy, tropikalne krzewy i dziesiątki najróżniejszych ptaków w tym papug i tukanów sprawiały, że czuliśmy się jakbyśmy oglądali najlepszy na świecie film przyrodniczy. Statek wpłynął do kolejnej śluzy. Później kolejnej i następnej wprowadzając nas co raz to głębiej i wyżej w środek Panamy. Po drodze mijaliśmy inne jednostki pływające zmierzające w przeciwną niż my stronę. Gazowce, transportery samochodów, kontenerowce pod banderami ledwo znanych nam państw. Marynarze i pracownicy innych statków machali do nas i pozdrawiali wszystkich pasażerów w tym i nas. Po kilku godzinach, statek osiągnął swój najwyższy punkt przeprawy – Jezioro Gatun. Ogromne rozlewisko, przez które starannie został wyznaczony szlak żeglugowy dla przeprawiających się jednostek. Sunęliśmy powoli przez akwen ciesząc oko nieskalaną przez człowieka przyrodą otaczającą potężne jezioro. Statek wił się niczym wąż, meandrując przez jezioro, które z każdą chwilą zwężało się, wprowadzając nas ponownie w kierunku kolejnych śluz, mających tym razem za zadanie sprowadzić nas w dół, do poziomu Pacyfiku. Pierwsza ekscytacja przeprawą przez kanał panamski już minęła, i pasażerowie rozeszli się po statku. Również i my postanowiliśmy usiąść w jacuzzi i delektować się podróżą popijając drinki w bąbelkach. Kolejne śluzy ściągały nas w dół. Krajobraz zmienił się nieco na mniej dziki i tropikalny, co dawało nam jasny sygnał, że zbliżamy się do największego miasta Panamy, czyli Panama City. Nie myliliśmy się. Po przeprawie przez kolejną śluzę, ponad otaczającymi nas, porośniętymi bujną roślinnością, pagórkami dało się dostrzec majaczące w oddali szczyty wieżowców Panama City. Przeszliśmy na przód statku, aby patrzeć jak z tropikalnej dżungli, wyłania się betonowa. Po prawej stronie w dole, wraz ze statkiem biegło stado małych małp, ledwo widocznych z górnego pokładu naszej łajby. Nasza przygoda w kanale panamskim zbliżała się ku końcowi. Pozostawialiśmy w tyle dzikie i tropikalne lasy, spokojne wody Jeziora Gatun i tysiące kolorowych ptaków przecinających niebo nad naszym statkiem. Im bardziej zbliżaliśmy się do Panama City, tym bardziej naturalna dzikość ustępowała miejsca zurbanizowanej cywilizacji.
Statek minął ostatnią śluzę i wpłynął na bezkresne wody Oceanu Spokojnego. Przyśpieszyliśmy zostawiając w tyle wesołe małpy w dżungli i głośne Panama City. Podróż przez kanał Panamski trwała bez mała cały dzień, wiec kiedy wybrzeże Panamy zniknęło już kompletnie za horyzontem, nie pozostało nam już nic innego jak udać się do kabiny i przygotować się na kolejne przygody czekające na nas podczas tego rejsu.




Bez wątpienia, przeprawa przez Kanał Panamski była niezapomnianym przeżyciem. Doświadczenie i zobaczenie na własne oczy tego cudu nowoczesnej inżynierii to na pewno uczucie jedyne w swoim rodzaju. Kanał Panamski to miejsce, gdzie nowoczesność łączy się z dziką naturą. Gdzie z jednej strony ogromne wieżowce potężnej metropolii witają się z Pacyfikiem, a z drugiej strony, wesołe małpy urządzają sobie harce w zaroślach dżungli. Mam nadzieję, że zobaczenie jednego z 7 Cudów Świata nowożytnego to zaledwie preludium na moim szlaku, który być może zabierze mnie w kierunku pozostałych, niesamowitych konstrukcji i miejsc rozsianych po świecie niczym rodzynki w babcinym serniku…





Dodaj komentarz