
Każdy z nas na dźwięk słów „Stany Zjednoczone” myśli tylko o najbardziej rozpoznawalnych miejscach związanych z tym potężnym państwem. Nowy Jork, Chicago, Los Angeles. W mniejszym stopniu Miami, Nowy Orlean czy Detroit, a praktycznie gdzieś na szarym końcu tej wyliczanki pomyślimy o Seattle, Minneapolis czy Memphis. Zgadza się. Wiele osób, w tym i ja jeszcze niewiele ponad 10 lat temu, znałem USA jedynie z Hollywoodzkich filmów czy programów popularno-naukowych. Akcja głośnych filmów zawsze miała miejsce w ogromnym mieście, a popularne filmy przyrodnicze skupiały się na znanych na całym świece Parkach Narodowych Ameryki. Niewiele filmów czy programów dokumentalnych skupiało się wokół mniejszych, słabiej zaludnionych i mniej rozpoznawalnych stanów, takich jak na przykład Karolina Północna, czy Tennessee. A szkoda, bo ten ostatni z wymienionych powyżej stanów, śmiało mogę zaliczyć do jednego z moich ulubionych i najchętniej odwiedzanych na całej mapie Ameryki Północnej.
Tennessee to stan powierzchnią zbliżony do Bułgarii a zamieszkuje go niewiele ponad 7 milionów osób. To mniej więcej też tyle, co mieszka również w Bułgarii. Jednakże, podczas gdy bałkański cel wakacyjnych wyjazdów Europejczyków słynie z pięknych plaż nad Morzem Czarnym, Tennessee, nie ma nawet, nie ma dostępu do żadnego otwartego akwenu. W Tennessee, królują góry. I właśnie między innymi gór, a dokładnie pasma Great Smokey Mountains, należącego do łańcucha Zachodniego Pasma Appalachów, dotyczyć będzie mój dzisiejszy wpis.
Kocham góry. Zawsze uwielbiałem spędzać czas w górach. Czy to na pieszych wędrówkach latem, czy też oddając się białemu szaleństwu zimą. Kiedy przeprowadziliśmy się na Florydę i cały zachwyt nad słonecznym stanem zaczął opadać, zacząłem odczuwać tęsknotę za klimatem Podhala. Ja wiem, że wiele osób nie lubi Zakopanego. Powiecie, że komercja, że odpust, że drogo i tak dalej, i tak dalej… ale dla mnie, Polska Stolica Tatr zawsze miała swój niepowtarzalny klimat. Do dziś dnia, uwielbiam Krupówki, góralską architekturę czy tradycyjne góralski oscypki, choć zdaję sobie sprawę, że choć większość z nich krzyczy ze straganów, iż do ich produkcji użyto wyłącznie owczego mleka, w swym składzie, raczej owego owczego mleka nie zawierają. Cóż każdy ma swój gust i swoje miejsca.
Wracając jednak za ocean… życie na Florydzie to praktycznie 12 miesięcy lata. Zimą mniej wilgotno, a latem duszno nie do wytrzymania. Z biegiem lat brakować zaczęło mi ostrego, górskiego klimatu. Niestety, najpopularniejsze góry Ameryki Północnej, czyli góry skaliste, oddalone były od naszego miejsca zamieszkania praktycznie cały dzień drogi. Nasza ówczesna praca na etacie nie pozwalała nam na szastanie wolnym czasem, i wyjazdy wakacyjne kilka razy w roku. Odkładaliśmy czas i pieniądze, aby choć raz w roku wrócić do Polski, żeby spotkać się z rodziną i przyjaciółmi. Wizyty w Polsce, zwłaszcza w początkowych latach naszej emigracji, nie trwały długo. Dwa, maksymalnie trzy tygodnie, i już trzeba było wracać do ‘Stanów”. Tym bardziej, jeszcze większa była moja radość, kiedy to jeden z sympatycznych Amerykanów pracujących ze mną, opowiedział mi o Gatlinburgu. Mieście pośród gór, gdzie zapierające dech w piersiach górskie krajobrazy, przeplatają się z gwarnym życiem turystycznego miasteczka i typową dla tego rejonu muzyką Bluegrass. Kiedy wróciłem do komputera, szybko otworzyłem przeglądarkę i mapę. Znalazłem Gatlinburg! Był niewiele ponad 10 godzin jazdy od naszego domu! Chcę tam jechać – pomyślałem!
Pierwszy poniedziałek września to zawsze i co roku jedno z niewielu amerykańskich świąt i tym samym dni wolnych od pracy – Labor Day, czyli potocznie mówiąc – dzień pracy. Postanowiliśmy wykorzystać długi weekend aby wyruszyć do Tennessee i zobaczyć czy ten tak niedawno przeze mnie poznany Gatlinburg, przywoła wspomnienia z Polskich gór.
Wyjechaliśmy z domu w piątek po pracy z planem aby przenocować po drodze a następnego dnia dotrzeć do celu. Jechaliśmy autostradą międzystanową I-75 na północ w stronę Georgii, a słońce powoli układało się do snu. Bujne lasy Florydy rzucały cień na drogę, pogrążając ją w mroku z każdą kolejną milą. Późnym wieczorem dojechaliśmy do hotelu na przedmieściach Atlanty. Zmęczeni, udaliśmy się na spoczynek.
Nowy dzień przywitał nas ponownie piękną pogodą, dając nadzieję na udaną wycieczkę. Kolejne mile pod kołami naszego samochodu uciekały a my mijaliśmy już Atlantę. Po chwili teren zaczął się unosić, a my łagodnie wznosiliśmy się wraz z autostradą międzystanową I-75. Krajobraz zmienił się nie do poznania od Florydy. Bujne gaje palmowe i bagna już dawno ustąpiły miejsca strzelistym drzewom iglastym i widokom dość mocno zbliżonym do Polskich krajobrazów. Po kolejnych kilku godzinach jazdy dotarliśmy do celu. Nasz hotel położony był na uboczu miasta, więc wpierw zostawiliśmy bagaże i odświeżyliśmy się po podroży. Kilka chwil później nadszedł czas na eksplorację.
Kiedy wyszliśmy z hotelu naszym oczom ukazał się widok, jakiego brakowało mi tak długo na Florydzie; jedna wąska ulica przecinająca miasto w pół, dookoła sklepiki i restauracje a w oddali majaczące we wrześniowym słońcu łagodne pagórki Great Smokey Mountins. Od razu zacząłem porównywać to miejsce do mojego ukochanego „Zakopca”. Główna ulica podobnie jak Krupówki, tylko że jeździły po niej samochody, mnogość restauracje serwujących lokalne przysmaki niczym góralskie karczmy na Podhalu, zielone góry otulające miasto jak Tatry Polską Stolicę Tatr i kolejka linowa wwożąca latem turystów a zimą narciarzy w wyższe partie gór, podobnie jak legendarna kolejka na Kasprowy Wierch. Brakowało mi takiego klimatu. Co najlepsze, to jeszcze nie koniec niespodzianek! Gatlinburg szykował dla nas prawdziwą bombę, o istnieniu której jeszcze nie wiedzieliśmy!



Nasz spacer trwał. Napawaliśmy się z jednej strony urokiem a z drugiej strony kiczem otaczającego nas miasta. Klimatyczne, małe domki i restauracyjki, przeplatały się z salami zabaw i automatami do gier dla dzieci. Gwar i hałas na ulicach mieszał się z nawoływaniem właścicieli lokalnych biznesów i muzyką Bluegrass. Ta kakofonia dźwięków sprawiała, że naprawdę czułem się jak w Zakopanem… tylko takim Amerykańskim. Dobre humory nas nie opuszczały, aż tu nagle, naszym oczom ukazał się dość osobliwie, a wręcz uroczo wyglądający budynek w głębi pasażu handlowo- restauracyjnego. Stylizowany na drewniany, sklep, w którego oknach dało się dostrzec potężne, mosiężne lub metalowe kadzie. Zainteresowało nas to i weszliśmy do środka. Za progiem powitał nas spory obiekt handlowy, gdzie można było zakupić najróżniejsze słoiki, butelki, koszulki i torby. Chwilę trwało, zanim zrozumieliśmy, gdzie się znajdujemy. To destylarnia lokalnej whiskey i bimbrów, zwanych w tym rejonie USA „Moonshine”. Stojące na półkach dookoła nas słoiki to nic innego jak gotowy do zakupu lokalny bimber o dziesiątkach smaków i aromatów, a co najlepsze, w głębi sklepu znajdowały się trzy stanowiska, gdzie owego bimbru można było nawet spróbować! Od razu skierowaliśmy się do jednego z barów. 5 dolarów od osoby i już przed nami stoją małe, plastikowe kieliszki, które barman w mgnieniu oka zaczął wypełniać kolorowymi płynami. Na początek Bimber z czarnej porzeczki, łagodny i słodki początek naszego pobytu w Gatlinburgu miał ledwo 20%. Później ogórek marynowany w bimbrze, następnie likier pomarańczowy o mocy 30%, zaraz potem wjeżdża bimber o smaku szarlotki i mocy 35%, a na sam koniec król wszystkich lokalnych destylatów – „Błękitny Płomień”, czyli bimber tak mocny, że spokojnie można go podpalić. My jednak, zamiast sprawdzać, jak napitek pali się, wlaliśmy go do naszych gardeł. 65% mocy od razu uderzyło w nasze kupki smakowe i podniebienie. Gardło z trudem przełknęło substancję, a sam alkohol spływał w dół naszego układu pokarmowe, rozgrzewając każdy fragment organizmu, który mijał na swojej drodze do żołądka. W głowie sympatycznie zaszumiało, a my opuściliśmy destylarnie w jeszcze lepszych nastrojach niż do niej weszliśmy. Gatlinburg z każdą minutą sprawiał, że zakochiwaliśmy się w nim prawie tak mocno jak w Zimowej Stolicy Polski. Ostatni element układanki w mojej głowie, który zbliżał to miasto do Zakopanego to regionalny produkt, jakim na Podhalu są oscypki a tutaj wszak lokalny Moonshine! Kiedy wyszliśmy z budynku, na drewnianej scenie pośrodku pasażu przygrywała kapela Bluegrassowa co dodawało jeszcze więcej uroku tej chwili. Dzień powoli gasł a Gatlinburg zamiast słońca, które chowało się za górskimi szczytami, rozświetlać zaczęły światła dziesiątek lokalnych knajpek i barów. W drogę powrotną do hotelu postanowiliśmy udać się niewielką ścieżką wzdłuż strumienia co sprawiło, że gwar i szał miasta zostawiliśmy daleko w tyle. Im bliżej byliśmy hotelu, tym bardziej gwar i muzyka zostawały za nami. Tego dnia postanowiliśmy iść spać wcześniej, aby jak najwcześniej wstać następnego dnia i dalej odkrywać to niesamowite miasteczko. Poszliśmy więc spać, ukołysani do snu dobiegającymi z daleka dźwiękami Bluegrass’u i wspomnieniem bimbrów szumiących jeszcze delikatnie w naszych głowach.



Kolejny dzień obudził nas promieniami słońca delikatnie wdzierającymi się do naszego pokoju o poranku. Wyspani i wypoczęci ruszyliśmy w miasto. Gatlinburg jednakże, jeszcze smacznie spał kiedy przemierzaliśmy jego ulice. Nocne życie trwa tu zapewne do późnych godzin nocnych, a upojeni Moonshine’m i muzyką turyści za pewne długo będą odsypiać nocne szaleństwa. My na tym skorzystaliśmy i już po chwili, bez nudnego oczekiwania na swoją turę, wjeżdżaliśmy kolejką linową na jedną z okolicznych gór.
Miejsce, gdzie miała dowieźć nas kolejka linowa nazywało się Ober Gatlinburg, czyli z języka Niemieckiego, Górny Gatlinburg. Na szczycie, po wyjściu z kolejki przywitała nas stacja narciarska i lodowisko. Oczywiście we wrześnie jeszcze nie czynne, ale za to umiejscowione w tym miejscu bary i letnie atrakcje zaczynały budzić się do życia witając pierwszych, porannych turystów. Kolejką krzesełkową wjechaliśmy jeszcze wyżej. Nasze nogi powiewały bezwładnie nad koronami drzew obrastających zbocza góry, a zapierający dech w piersiach widok wyłaniał się co raz bardziej znad kolejnych pagórków i lasów. Na szczycie Mt. Harrison- bo tak nazywa się miejsce, gdzie dociera kolej krzesełkowa przywitał nas, a jakże, Bluegrass, grany na żywo przez lokalną kapelę a widok skąpanych w porannej mgle gór, oświetlanych ostrym, porannym, wrześniowym słońcem odebrał nam mowę. Staliśmy przy drewnianej barierce dłuższą chwilę karmiąc oczy widokiem i uszy muzyką. Z kolejnymi minutami ludzi zaczęło przybywać, a niewielka powierzchnia Mt. Harrison, zaczęła zapełniać się turystami. Gwar rozmów zagłuszał kapelę a my cieszyliśmy się, że udało na się cieszyć oko widokiem i ucho muzyką, kiedy na górze byliśmy jeszcze prawie sami. Zjechaliśmy kolejką z powrotem do miasta, które już obudziło się po nocnych harcach i żyło już pełnią turystycznego życia. Spacerowaliśmy dalej ulicami Gatlinburga a dzień mijał. Wieczorem jeszcze jedna degustacja w destylarni, zakupy na pamiątkę i niestety, nasza wizyta w „Amerykańskim Zakopanem” zaczęła dobiegać końca. Nocne światła miasta dawały nam jasny sygnał, że powrót do domu jest nieunikniony i już jutro z samego rana, znów trzeba będzie wsiąść za kierownicę, i zostawiając Great Smokey Mountains w tyle wrócić na Florydę.
Smutni, że musimy wrócić do szarej rzeczywistości wspominaliśmy wizytę w Gatlinburgu, ciesząc się za razem, że udało nam się znaleźć tak niesamowite miejsce na mapie Stanów Zjednoczonych. Gatlinburg jest na tyle blisko, Florydy, że na pewno nie raz jeszcze tam wrócimy…
I faktycznie tak było. Podczas naszego pobytu w USA przez 11 lat, w tym miejscu byliśmy jeszcze kilka razy. Spędziliśmy tam nawet raz Święta Bożego Narodzenia i udało nam się spotkać małego niedźwiedzia… ale to już zdecydowanie historia na inny wpis…





Dodaj komentarz