Grand Turk – Ruiny w słońcu Karaibów

Rok 2020 chyba dla wszystkich ludzi na świecie był ciężki. Nie ma znaczenia czy w Europie, czy Ameryce, cały świat zatrzymał się, a ludzie w mniejszym lub większym stopniu odizolowali się od swoich bliskich, znajomych oraz sąsiadów, aby przetrwać i uchronić się przed śmiertelnym zagrożeniem, którego źródło wybiło jeszcze w 2019 roku w prowincji Wuhan w Chinach. Również i na nas rok 2020 odcisnął dotkliwe piętno. 

Problemy z pracą, brak możliwości swobodnego podróżowania czy swego rodzaju izolacja, sprawiły, że czuliśmy się niczym więźniowie słonecznego stanu jakim jest Floryda – bo tam właśnie mieszkaliśmy.

Mijały dni, tygodnie, miesiące i z czasem życie zaczęło wracać do normalności. 

Nie mnie oceniać o co chodziło, jakie było naprawdę zagrożenie i czy wszystko co wydarzyło się w pierwszej połowie roku 2020 na świecie było konieczne. Ważne natomiast dla mnie było to, że już w roku 2022 mogliśmy swobodnie i bez żadnych ograniczeń poruszać się po świecie. 

Powoli ruszaliśmy w kolejne podróże, aż pewnego pięknego dnia, nasze stopy stanęły na z pozoru i zwłaszcza z dystansu, rajsko wyglądającej wyspie należącej do większego archipelagu Bahamów, wyspie Grand Turk. Grand Turk, administracyjnie jest częścią państwa Turks i Caicos, które to podlega koronie brytyjskiej.

Sama wyspa, do której przybił nasz statek ma powierzchnię 18 kilometrów kwadratowych (niewiele mniej niż podwarszawski Pruszków), a zamieszkuje ją na stałe trochę ponad 3200 osób (czyli o ponad tysiąc mniej niż mieszka w podhalańskim Poroninie).

Po zejściu ze statku wszystkich pasażerów przywitała przejrzysta niczym szkło, lazurowa woda i migocąca żółtawym piaskiem plaża, otoczona dziesiątkami palm. Chciałoby się powiedzieć – Raj na ziemi! I takie było pierwsze wrażenie. Oczywiście Grand Turk nie był pierwszą wyspą w okolicach Morza Karaibskiego jaką dane nam było odwiedzić, więc w intuicja jasno podpowiadała nam, że za tą egzotyczną i staranie zaprojektowaną fasadą raju kryje się coś zgoła innego. Tak też było. 

W przeciwieństwie do większości turystów zmierzających prosto ze statku na rajską plażę, my postanowiliśmy zwiedzić wyspę na własną rękę. Lokalną portową strefę bezcłową minęliśmy najszybciej jak to możliwe i już po chwili zdaliśmy sobie sprawę, że intuicja nas nie myliła. Nie musieliśmy daleko odchodzić od terminala portowego, żeby przekonać się, że rajska plaża to jedynie bardzo, ale to bardzo niewielka cześć, mająca za zadanie pokazać piękno wyspy. Dalej czar pryska. Śmieci, bezpańskie psy, dzikie osły i drogi w większości piaszczysto żwirowe. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że praktycznie tylko my opuściliśmy turystyczną strefę portową, a większość pasażerów wybrała luksus plaży i mocne słońce Karaibów zamiast spaceru po okolicy. 

I prawda jest taka, że im dalej zapuszczaliśmy się w wyspę, tym bardziej zastanawialiśmy się, czy nie tracimy czasu na chodzenie między ruinami budynków i zamkniętymi sklepami. Choć na pierwszy rzut oka wyspa wyglądała rajsko, teraz widok był przybijający i smutny. Pojedyncze domy i małe osiedla pomiędzy zniszczonymi ruinami innych zabudowań, powalone mury i płoty, śmieci. Nawet wszechobecne palmy nie sprawiły, że spacer przez miasto stał się miłym doświadczeniem. Żar lał się z nieba a my powoli zmierzaliśmy w stronę największego a może nawet i jedynego miasteczka na wyspie – Cockburn Town. 

Po dotarciu do miasta nasze nastroje wcale nie uległy zmianie. Niewielkie skrzyżowanie, gdzie na jednym z jego rogów znajdował się sklep, w którym to leniwy i ospały sprzedawca, nawet nie krył swojego niezadowolenia z faktu, że musi nam sprzedać napoje. Popijając zimny napój rozejrzałem się dookoła, ale krajobraz nie zmienił się. Opuszczone i na wpół zawalone mury starych domów, kilka zamieszkałych budynków, lokalni mieszkańcy leniwie snujący się w cieniu rozłożystych palm i tropikalnych roślin. 

Krótka rozmowa z jednym z lokalnych mieszkańców, jednakże, naświetliła nam rzeczywistość i jasno udzieliła nam odpowiedzi, na pytanie które zadawaliśmy sobie przez cały czas pobytu na Grand Turk – Dla czego tak to wszystko tutaj wygląda?

Okazało się, że w roku 2008 wyspę nawiedził potężny huragan Ike, który zrównał z ziemią większość wyspy. Niestety, choć minęło wiele lat, wyspa nie podniosła się, a powalone zabudowania są jedynie pokłosiem wydarzeń i dowodem na nieokiełznaną siłę natury, nad którą żaden człowiek nie ma kontroli. Przygnębiający widok.

Szczęśliwie, drogę powrotną na statek postanowiliśmy pokonać wzdłuż wody, idąc terenami bardziej turystycznymi niż do miasteczka. Wybór okazał się trafiony w dziesiątkę! Kilka lokalnych barów nad wodą, hotele i małe, rodzinne restauracje ubarwiały nieco ten smutny krajobraz. Lazurowa, przejrzysta woda, w której odbijały się promienie gorącego, południowego słońca zachęcała do kąpieli, a jako, że na uwielbiam wodę, już po krótkiej chwili, w masce z rurką, pływałem dookoła zatopionej łódki wraz z setkami małych, kolorowych rybek zamieszkującymi ten niewielki wrak.

Wyspa Grand Turk okazała się być idealnym miejscem dla nurków i amatorów wędkarstwa. Wielu Amerykanów wybiera właśnie to miejsce, żeby oddać się swojemu hobby z dala od zgiełku i gwaru popularnych turystycznych kurortów na innych wyspach. Powoli zmierzaliśmy w stronę statku starając się zatrzymać w pamięci tylko te pozytywne chwile spędzone na wyspie.

Gdy dotarliśmy na statek, słońce zbliżało się już do horyzontu a jego ostatnie promienie rozświetlały złotym blaskiem falujące spokojnie na wietrze wielkie liście palm otulających turystyczną plaże przy porcie. Statek odpływał a wyspa znikała pogrążając się w ciemności nocy. Pojedyncze światła na wyspie rozświetlały martwy, czarny krajobraz a my staraliśmy się znaleźć odpowiedź na nurtujące nas pytanie – dla czego wyspa nie podniosła się po huraganie Ike? Gdzie bogaci inwestorzy? Przecież, Grand Turk ze swoimi zapierającymi dech w piersi wodami to idealne miejsce na wakacyjne resorty dla nurków i wędkarzy! Ale z drugiej strony, może właśnie tak ma być? Może to miejsce ma być oazą, gdzie pierwsze skrzypce gra cisza i spokój? Gdzie nikt się nie śpieszy i gdzie to natura gra pierwsze skrzypce, spychając człowieka na drugi plan? Z pewnością zarówno Cockburn Town jak i cała wyspa Grand Turk pozostaną w mojej pamięci. Jednakże, nie jest to miejsce, gdzie chciałbym wrócić… jeszcze nie teraz… 

Dodaj komentarz