
Złota era amerykańskiego kina dość często kojarzona jest z westernami, gdzie sławny na cały świat aktor, John Wayne dosiadał swojego mustanga i w akompaniamencie muzyki oddalał się w stronę zachodzącego słońca zaraz przed pojawieniem się na ekranie telewizora napisów końcowych. Nawet jeżeli ktoś nigdy nie widział takiej sceny, to za pewne z uwagi na filmy w Internecie czy niezliczone memy, bez problemu jest w stanie takowy obrazek naświetlić sobie w głowie. Sucha jak pieprz pustynia, wystające z ziemi surowe skały i czerwieniejące na horyzoncie słońce. Poniekąd właśnie tak wygląda naprawdę zachód słońca na dzikim zachodzie. Wiem, bo widziałem to zjawisko i to nie raz. Muszę również przyznać, że niejednokrotnie widok układającego się do snu pustynnego słońca sprawiał, że stawałem i po prostu patrzyłem jak nasza życiodajna gwiazda znika za widnokręgiem.
Jeden z najpiękniejszych zachodów słońca jakie dane było mi obserwować przeżyłem właśnie w Arizonie. Nie jednak jak wspomniany powyżej hollywoodzki aktor, wśród ogromnych martwych skał amerykańskiej prerii, lecz w jednym z najpiękniejszych miejsc jakie kiedykolwiek odwiedziłem w życiu, czyli w Wielkim Kanionie Kolorado.
Wielki Kanion Kolorado do park narodowy znajdujący się częściowo na terenach należących do Indian plemienia Hualapui. Wraz z biegiem rzeki Kolorado ciągnie się przez 446 kilometrów a w najgłębszym swoim miejscu ma aż 1857 metrów. Znaczy to, że w jego najgłębszym punkcie zmieściłaby się Gubałówka, na której postawilibyśmy Wieżę Effla, na niej Pałac Kultury i Nauki a na nim znowu Warszawski biurowiec Rondo I, zdobiący stołeczne Rondo ONZ. Stąd, jak sama nazwa mówi, Wielki Kanion Kolorado, jest naprawdę Wielki!
Nie sposób również objąć wzrokiem całość z jednego punktu widokowego. My w Wielkim Kanionie byliśmy trzy razy. Raz w jego zachodniej, mocno komercyjnej części, gdzie odwiedziliśmy szklany most rozciągający się nad przepaścią oraz dwa razy we wschodniej części parku, gdzie naszym zdaniem, Kanion wygląda najdostojniej i najpiękniej.





Zapraszam więc Cię drogi czytelniku na wycieczkę, po jednym z Naturalnych Cudów Świata. Do wschodniej części parku dostać można się drogą US-180 z miejscowości Williams w Arizonie. Minąwszy miasteczko Tusayan, dojedziemy do szlabanu Parku, gdzie uiścić należy opłatę za wjazd do parku. Koszt takiej wejściówki dla jednego samochodu osobowego i czterech osób w środku to kwota około 35 USD. Kiedy miniemy już szlaban, znajdziemy się w iglastym lesie. Piękny zapach drzew sosnowych i przemykające się między drzewami sarny i jelenie przywitały nas, kiedy tylko wjechaliśmy na teren parku. Dobrą chwilę zajęło zanim dotarliśmy do jednego z kilku parkingów w pobliżu kanionu. Centralnym i najbardziej turystycznym punktem Parku Narodowego Wielkiego Kanionu Kolorado jest miejscowość Grand Canyon Village. Znajdziemy tam kilka barów, restauracje, dość dużo miejsc parkingowych oraz niewielką, dość kameralną bazę noclegową. Kiedy już zaparkowaliśmy auto ruszyliśmy w kierunku wskazanym przez drogowskazy. W stronę granicy Kanionu. Po krótkim spacerze dotarliśmy na jego brzeg. Widok jaki przywitał nas wczesnym popołudniem sprawił, że odjęło nam mowę. Musicie mi wybaczyć, bo i teraz, nie jestem w stanie odpowiednio ubrać w słowa tego co ukazało się moim oczom. Zobaczyłem bezgraniczną otwartą przestrzeń ciągnącą się po horyzont. Ponad nią błękitne i bezchmurne niebo a w dole otchłań. Szeroką na setki metrów od miejsca, gdzie staliśmy przestrzeń, gdzie hen daleko w dole meandrowała Rzeka Kolorado. Na ścianach Kanionu rosły pojedyncze krzewy i porosty a słońce malowało na jego ścianach obrazy i pejzaże jakich nie stworzyłby żaden profesjonalny malarz. Drapieżne ptaki krążyły po otwartej przestrzeni Kanionu a wiatr delikatnie kołysał koronami pokaźnych drzew bujających się rytmicznie na skraju urwiska. Niesamowita cisza aż dzwoniła w uszach pomimo setek turystów stojących nad krawędzią jednego z tarasów widokowych Wielkiego Kanionu. Postanowiliśmy przejść się po miasteczku, aby kupić kilka pamiątek i poszukać jakiś ciekawostek dotyczących tego miejsca. Okazało się szybko, że Grand Canyon Village, to nie tylko parkingi czy restauracje, ale i doskonała baza wypadowa dla wędrowców, chętnych zejść pieszo w dół Wielkiego Kanionu. Codziennie dziesiątki turystów z plecakami wyruszało wąską ścieżką w dół stromego zbocza, aby po trwającej wiele godzin dojść do koryta Rzeki Kolorado. Jedni wracali wieczorem tego samego dnia, inni postanawiali spędzić noc między monumentalnymi ścianami tego Naturalnego Cudu Świata. My niestety byliśmy trochę ograniczeni w czasie, więc o pieszej wędrówce w dół nie było niestety mowy. Wybraliśmy się jednak na spacer wzdłuż stromej ściany Kanionu, aby nacieszyć oko tym zapierającym dech w piersi miejscem. Wąska asfaltowa ścieżka łączy centrum informacji turystycznej i parkingi z nazwijmy to centrum miasteczka Grand Canyon Village, gdzie znajduje się jeszcze więcej hoteli oraz restauracji oraz stacja kolejowa, gdzie w sezonie letnim dojeżdża lokalny pociąg jako ot taka atrakcja turystyczna dla chętnych którzy chcą poczuć ducha przeszłości podczas podróży po torach w stronę Kanionu. My maszerowaliśmy wzdłuż urwiska. Dookoła było cicho a jedyny dźwięk jaki dobiegał do naszych uszu to gwiżdżący cicho między koronami drzew wiatr, szum kołysanych jego podmuchami drzew oraz odgłosy drapieżnych ptaków, szybujących w otchłani Kanionu w poszukiwaniu pożywienia. Cały spacer zajął nam około godzinę w jedną stronę. Szlak był łatwy i przyjemny. Nie miało to jednak znaczenia, bo za każdym razem, kiedy drzewa ustępowały naszym oczom ukazywał się kolejny cudowny widok. Aż niesamowite jest, że jedno miejsce, praktycznie co sto metrów potrafi wyglądać zupełnie inaczej. Mijali nas inni turyści, jednak również bezgłośnie. W Wielkim Kanionie Kolorado, życie zdawało się zwalniać. Nikt się nie śpieszył, czas nie miał tu znaczenia. Późnym popołudniem dotarliśmy do centrum miasteczka. Na skraju urwiska przywitały nas klimatyczne drewniane zabudowania. Tutaj słychać było życie i gwar. Jedni wracali ze szlaków i wędrówek w dół Kanionu, ini zmierzali do restauracji na posiłek. Przysiedliśmy na kamiennym murku na brzegu urwiska, aby odpocząć. Zwykły Hot-Dog na przekąskę w tym miejscu smakował jak nigdzie indziej na świecie. Delikatny i rześki wiatr wiejący od dna Kanionu chłodził nasze rozgrzane od spaceru ciała. Zbliżał się wieczór a tym samym zachód słońca. Postanowiliśmy więc wraz z innymi turystami udać się na jeden z najwyżej położonych i wysuniętych w głąb Kanionu tarasów widokowych. Słońce opadało coraz niżej pogrążając wnętrze Kanionu w mroku. Wystające skały, które słońce oświetlało jeszcze resztkami swojego blasku zmieniały kolory i malowały na krajobrazie niemalże surrealistyczne obrazy. Niebo zmieniało barwę na granat a słońce czerwieniło się opadając w stronę widnokręgu. Po chwili cały kanion pogrążył się w mroku, sprawiając wrażenie ogromnego jeziora zalanego gęstą smołą. Ostatnie promienie słońca zniknęły za horyzontem pozostawiając jedynie jasną łunę, która gasła ustępując miejsca setkom gwiazd, które teraz wraz z księżycem zaczynały nieśmiało rozświetlać nieokiełznaną głębię Wielkiego Kanionu Kolorado.





Robiło się już ciemno więc tą samą drogą ruszyliśmy w drogę powrotną na parking. Szlak wzdłuż urwiska nie był oświetlony, jednak ostatnie blaski dnia i jasno świecący księżyc były naszym światłem na ścieżce. Co chwila przystawaliśmy, aby jeszcze choć raz tego dnia spojrzeć w nieprzepastną głębię Kanionu. Znów cisza. Na szczęście nie jesteśmy sami. Mimo mroku mijamy na szlaku jeszcze sporo osób. Znów chwila samotności i ciszy. Idziemy dalej, nagle z Nienacka z mroku wybiega sarna. Nie zwraca na nas uwagi, tylko przecina asfaltowy chodnik i po chwili znika w gąszczu drzew. Przypomina nam to, że to my jesteśmy tutaj gośćmi. W Parku Narodowym to fauna i flora jest królem. Kiedy docieramy do auta jest już dość późno. Ciemność spowija już okolicę a pojedyncze latarnie na parkingu są jedynym źródłem światła poza gwiazdami i księżycem. Jedziemy do hotelu w pobliskim Tusayan. Jutro będziemy kontynuować naszą podróż, ale zanim już zupełnie opuścimy Wielki Kanion Kolorado, chcemy jeszcze raz spojrzeć na niego za dnia. Dojeżdżamy więc do hotelu i idziemy spać. Jutro ciąg dalszy.
Poranek ponownie wita nas jasnym słońcem. Jest jeszcze wcześnie, ale chcemy jak najszybciej wrócić do Kanionu. Zjadamy więc śniadanie i już jedziemy w stronę parkingu. Po krótkim spacerze jesteśmy znów w tym samym miejscu co wczoraj. Tym samym, lecz tak innym od tego co widzieliśmy poprzedniego dnia, że aż trudno nam w to uwierzyć. Poranne słońce rozświetla praktycznie całą dolinę a światło dnia znów maluje na ścianach Kanionu nowe pejzaże. Trwająca od tysiącleci gra światła i cienia sprawia, że o każdej porze dnia, o każdej porze roku i chyba nawet o każdej kolejnej godzinie, widok, jaki obserwują nasze oczy jest inny. To naprawdę magiczne i jedyne w swoim rodzaju miejsce.
Opuszczamy niestety już Wielki Kanion Kolorado. Jedziemy dalej ku kolejnej przygodzie. Wspomnienie widoku zachodzącego nad doliną słońca wraca do nas nie raz. Kolorów i krajobrazów jakich doświadczyliśmy nie znajdziemy nigdzie indziej na świecie. Mimo, iż Wielki Kanion Kolorado odwiedzaliśmy kilkukrotnie, za każdym razem był dla nas nowy i za każdym razem chcieliśmy tam po prostu być. Spacerować nieśpiesznie wzdłuż jego granicy i chłonąć każdą chwilę i każdy widok. Tam po prostu chce się być. Podziwiać piękno i potęgę natury, podziwiać krajobraz i być jego częścią. Częścią Wielkiego Kanionu Kolorado.




Dodaj komentarz