Smaki dalekiej Azji w kraju kwitnącej wiśni, czyli co i jak przez tydzień jedliśmy w Tokio.

Dzisiaj dokładnie mija tydzień od rozpoczęcia przez nas kolejnej wyprawy. Podczas podróży, którą zaczęliśmy, odwiedzać będziemy bez mała dwadzieścia państw. Będziemy w Korei, Tajlandii, Indiach, Wietnamie, Bahrainie, na Seszelach i w wielu innych miejscach. Znów wsiądziemy na ogromny statek wycieczkowy i płynąć będziemy przez morza i oceany aż do RPA, gdzie nasza przygoda się zakończy. Zanim jednak wsiądziemy na statek, który przyjmie nas na pokład w Tokio, postanowiliśmy wykorzystać fakt, iż w Japonii jeszcze nas nie było i polecieliśmy do kraju kwitnącej wiśni tydzień wcześniej. W stolicy Japonii spędziliśmy tydzień, a filmy z naszych przygód w Tokio zobaczyć możecie na naszym kanale na YouTube, do którego link zamieszczam na końcu tego wpisu. To co widzieliśmy, gdzie chodziliśmy i co zwiedzaliśmy zobaczycie właśnie tam. Nie zobaczycie, jednakże na wspomnianych filmach tego wszystkiego co jedliśmy w stolicy Japonii, a przyznać muszę, że trochę tego było. Postanowiłem więc poświęcić ten wpis tematowi jedzenia, które w Japonii odgrywa bardzo istotną rolę, a większe lub mniejsze punkty gastronomiczne spotkać można praktycznie na każdym rogu w mieście. Zaczynajmy więc naszą kulinarną podróż przez Tokio, a zacznie się ona od śniadania.

Do największego miasta świata przylecieliśmy w poniedziałek. Późnym wieczorem dotarliśmy do hotelu i zmęczeni ponad 13 godzinnym lotem zasnęliśmy praktycznie zaraz po przyłożeniu głowy do poduszki. Niestety różnica czasu względem Polski nie pozwoliła nam na solidny sen i już po kilku godzinach organizm sam przebudził się nie będąc w stanie określić która jest właściwie godzina. A była szósta rano. Ubraliśmy się więc i ruszyliśmy odkrywać miasto. Marzyłem o kawie. Klejące się oczy, których za nic nie chciał opuścić sen zamykały się mimowolnie, choć walczyłem z tym praktycznie cały czas. Na mapie udało mi się znaleźć nieopodal naszego hotelu restaurację serwującą śniadania. Kiedy podeszliśmy do drzwi lokalu o godzinie 7:00 rano, okazało się, że przybytek jest jeszcze zamknięty. Podobnie kolejny i kolejny lokal, który odwiedzaliśmy. Okazało się, że do godziny dziewiątej, miasto jeszcze śpi. Widać było to też na ulicach, gdzie przez długie minuty nie mijał nas zupełnie nikt. Nie pozostało nam nic innego jak uraczyć się kawą i gotową kanapką ze sklepiku „na rogu”. O dziwo, kawa smakowała całkiem dobrze. Kanapka jednak, to zwykły chleb tostowy, bez skórek dookoła, z serem i szynką. Nic specjalnego, ale pozwoliło nam ugasić uczucie głodu i burczenie w żołądkach. Taki posiłek z kawą w biegu w Tokio to koszt niewiele ponad 10 złotych. W kolejnych dniach, kiedy już staraliśmy się wymusić dłuższy sen, odwiedzaliśmy wspomniane restauracje śniadaniowe. Najlepiej przyrównać takie miejsca do znanych z nawet Polskich ulic Starbucks’ów czy kawiarni Green Cafe Nero czy Costa Cafe. Dokładnie tak samo ja w Warszawie, wchodzimy do środka, zamawiamy wybrane danie lub zestaw przy kasie, pani przygotowuje zamówienie, siadamy, zjadamy wychodzimy.

W Tokio nikt nie siedzi godzinami przy stoliku popijając kawę czy delektując się ciastkiem. Japończycy, znani ze swojej pracowitości, zjadają szybko śniadanie i idą do pracy. Poza tym, w każdej z takich restauracyjek, jest niesamowicie cicho. Nikt nie rozmawia przez telefon oraz nie plotkuje ze znajomymi podczas posiłku. Dość osobliwe uczucie, zwłaszcza dla nas, ludzi mieszkających w dużym mieście, gdzie gwar i hałas są na porządku dziennym. W Tokio jest po prostu cicho. Wracając jednak do śniadania w restauracyjce, zazwyczaj zamawialiśmy zestaw z kanapką i kawą lub herbatą. Ja wybierałem tost na ciepło z szynką, serem, sałatą i sosem a Luiza bułkę z pastą z tuńczyka. Do tego dla mnie kawa a dla Luizy herbata. Koszt takiego zestawu śniadaniowego to 12 złotych za osobę. Nasyceni i rozbudzeni kawą i herbatą ruszaliśmy w miasto. Niestety już po kilku godzinach zaczynaliśmy czuć głód. I to nie dla tego, że wspomniane śniadanie nie pozwalało nam zaspokoić apetytu, a dla tego, że w Tokio na każdym kroku jest coś do jedzenia. Lokalne małe bary prowadzone przez rodziny, bary i restauracje są dosłownie wszędzie, a aromat orientalnych przypraw unosi się w powietrzu nad miastem jak pachnący jedzeniem smog. Koło południa więc, wraz z tysiącami pracujących Japończyków udawaliśmy się na lunch. A oferta lunchowa w stolicy Japonii jest przebogata. Są zupy, są dania na ciepło, jest sushi i oczywiście McDonald. Wybór jest wielki. My staraliśmy się próbować wszystkiego po trochu. Pierwszego dnia więc, zaczęliśmy od kurczaka z ryżem. Zestaw lunchowy składał się z talerza, na którym znajdował się smażony w panierce kurczak i kilka liści sałaty, miseczka z ryżem, druga miseczka z japońską zupą miso i talerzyk z kilkoma plasterkami marynowanego ogórka. Takim zestawem można najeść się do syta i to za niecałe 20 zł! Nic dziwnego więc, że w porze lunchu, w Tokio na ulicach dominują garnitury. Kolejną opcją jaką wybraliśmy był tradycyjny japoński Ramen, czyli dla nieznających tematu, makaron z bulionem i dodatkami. Pokaźną miską zupy również można zaspokoić apetyt na długie godziny. Z dodatków możemy wybierać między kilkoma rodzajami mięsa, warzywami i bulionami. Jak przystało na Ramen, obowiązkowo do zupy należy dodać ugotowane w odpowiedni sposób jajko, aby wzbogaciło smak i aromat zupy. Ramen w Tokio zjeść można już za 13 złotych w małych lokalach, których właścicielami pojedyncze osoby będące za razem kucharzami, księgowymi i kelnerami. Takie lokale, choć wyglądają może niezbyt zachęcająco z zewnątrz są niesamowicie klimatyczne i pozwalają poczuć na własnej skórze ducha dalekiego wschodu. Kolejnym przysmakiem wybieranym przez Japończyków na lunch jest udon; gruby i długi, miękki makaron. Niektórzy wybierają go do jedzenia wyłącznie z kilkoma dodatkami, inni z bulionem. My próbowaliśmy go właśnie w formie zupy. Domyślam się, że w niektórych miejscach musieliśmy wzbudzić nie lada zainteresowanie, walcząc ze śliskimi kluskami, starając się złapać kilka z nich tradycyjnymi pałeczkami. Niestety, łyżek nie znajdziemy wszędzie. Japończycy najpierw wyjadają z zupy zawartość, a na koniec wypijają bulion bezpośrednio z miski. Jednakże, kiedy już opanowaliśmy tajemniczą sztukę używania pałeczek do zupy i mogliśmy skupić się na smaku, ten nas oczarował. Wybór bulionów, od warzywnych, przez mięsne po dodatki od smażonych na głębokim tłuszczu mięs po lekkie warzywa gotowane na parze. W Tokio to Ty decydujesz jak chcesz, aby Twój udon wyglądał i smakował. Koszt takiego dania to mniej więcej 22 złote za porcję.

Po lunchu, Japończycy wracali do biur, a my do eksploracji miasta. Godziny mijały i wieczorem przychodziła pora kolacji. My zazwyczaj byliśmy tak zmęczeni i wyczerpani aktywnym dniem, że wybieraliśmy gotowe sushi z lokalnych sklepików, które zjadaliśmy w hotelu. Mimo, iż można stwierdzić, że takie sklepowe tacki z sushi to po prostu gotowe do spożycia dania, były one naprawdę dobre i pożywne. Ja zawsze wybierałem tackę z nigiri oraz maki z łososia a Luiza zajadała się gotowymi onigiri, czyli trójkątami ryżowymi, nadzianymi łososiem lub tuńczykiem, zawiniętymi w papier nori. Taka gotowa tacka sushi składająca się z około dziesięciu sztuk kosztowała niecałe 15 złotych, a Luizy trójkącik onigiri niewiele ponad pięć złotych.

Podczas kiedy my, wieczorem, zmęczeni odkrywaniem Tokio zajadaliśmy się gotowymi daniami w hotelowym pokoju, Japończycy po pracy spotykali się w tych samych restauracjach, które w południe serwowały lunch na kolację. Zazwyczaj suto zakrapianą kolację. Niejednokrotnie widzieliśmy przez okna takich lokali, że piwo i mocniejsze alkohole leją się tam jak rzeka. Nic dziwnego! Jako ciekawostkę dodam, że butelka całkiem dobrej Japońskiej Whisky o pojemności 0,7 litra kosztuje niecałe 45 złotych! I uwierzcie mi, nie jedną whisky piłem i nieskromnie powiem, że nawet trochę o whisky, Burbonach i tym podobnych wiem, a zakupiona przeze mnie butelka lokalnego trunku naprawdę mi smakowała! Japończycy lubią pić i piją jak tylko mają taką możliwość. Do kolacji, do rodzinnego obiadu w weekend, w barze a nawet w parku. Ciekawostką jest, że w Tokio, alkohol można spożywać nawet w miejscach publicznych! 

Reasumując naszą przygodę z kuchnią japońską, śmiało możemy powiedzieć, że to było całkiem udane doświadczenie. Bogactwo i różnorodność smaków sprawiają, że praktycznie przez cały tydzień, choć jedliśmy rzeczy bardzo do siebie zbliżone, smakowały one zupełnie inaczej i różnie od siebie. Nieraz żałowaliśmy, że nasze żołądki są takie małe, bo zaraz po posiłku, kilka skrzyżowań dalej spotykaliśmy kolejne ciekawe miejsce, które przyciągało nas swoim wyglądem i zapachami jakie się wydobywały zza uchylonych drzwi. Tokio to miasto przeogromne, gdzie kuchnia i jedzenie odgrywają bardzo ważną rolę w funkcjonowaniu miejskiego życia. Bardzo się cieszę, że dane było mi spróbować tak wielu różnych smaków, które do tej pory podziwiać mogłem jedynie na ekranie telewizora lub smartfonu. Niczego czego zjadłem w Tokio nie żałuję. Jedyne czego mi szkoda, to że tam jest jeszcze tyle miejsc godnych odwiedzenia i spróbowania, a my musimy już wyjeżdżać… Szkoda, ale może jeszcze tutaj wrócimy i coś jeszcze przekąsimy na ulicach stolicy kraju kwitnącej wiśni.

Odwiedź nasz kanał na YouTube: Kliknij Tutaj aby wyświetlić nasz YouTube

Dodaj komentarz