
Chyba nie ma na świecie człowieka, które nigdy nie słyszałby o Los Angeles. Piękne plaże, zgrabne dziewczyny jeżdżące na wrotkach po deptaku wzdłuż połyskującego w słońcu oceanu czy milionerzy wychodzący z butików przy Rodeo Drive, wsiadający do swoich Porsche, Ferrari czy Maserati. Tak każdy widzi „Miasto Aniołów”. Każdy kto nigdy tam nie był a swoją wizję opiera jedynie o filmy i seriale rodem z Hollywood. Rzeczywistość jest niestety dramatycznie inna.
Los Angeles to potężna metropolia zdająca ciągnąć się bez końca. Od Pacyfiku na zachodzie, po pustynne wzgórza na wschodzie. Łunę nad miastem nocą widać już z odległości dziesiątek kilometrów, a im bliżej miasta znajdujemy się, tym wyraźniej widać, że zbliżamy się do naprawdę ogromnego miasta. Samo Los Angeles jako miasto nie byłoby zbyt potężne, ale aglomerację miejską Miasta Aniołów powiększa wiele mniejszych miast i miejscowości przylegających bezpośrednio niej. Anaheim, Burbank czy Santa Monica to tak naprawdę oddzielne miasta, ale z perspektywy niezależnego obserwatora wszystkie te twory tworzą jedną wielką hiper metropolię, która nigdy nie śpi. To czego nie zobaczymy na filmach zza oceanu to korki, szybująca w górę z każdym rokiem przestępczość i problem bezdomności. My w Los Angeles byliśmy kilkukrotnie. Zarówno turystycznie jak i służbowo, jako kierowcy ciężarówki. Miasto widzieliśmy chyba z każdej strony. Zacznijmy więc od tej wesołej i kolorowej, czyli turystycznej.
Obowiązkowym punktem na mapie Los Angeles jest przede wszystkim sławna Aleja Gwiazd Hollywood. Na filmach pokazywana zawsze jako ta piękna, lśniąca i czyta. W gruncie rzeczy, prawda jest troszeczkę inna. Jak najbardziej, na ziemi zobaczymy gwiazdy. Spore płyty chodnikowe z gwiazdami w kolorze złotym i nazwiskami osób zasłużonych dla przemysły filmowego. Faktycznie tak to wygląda. Przechadzając się aleją, patrząc pod nogi znaleźć możemy gwiazdę Sylwestra Stallone czy Britney Spears. Jednak, gdy podniesiemy głowę wyżej, cały czar pryska. Brudne ulice, setki tandetnych sklepików z pamiątkami i ludzie w tandetnych strojach filmowych bohaterów, gotowi zrobić sobie zdjęcie z turystami za kilka dolarów. Zamiast blasku sławy i uhonorowania talentu gwiazd, które tworzyły kino, kicz, tandeta i syf.



Niestety dalej nie jest lepiej. Sławna plaża Santa Monica, znana z wielu filmów, seriali, gier komputerowych czy opowiadań, zdaje się w opinii wielu, którym nie było dane odwiedzić Los Angles rajem na ziemi. Niestety po raz kolejny zawiedliśmy się odwiedzając to miejsce. Ogromne molo okupowane przez tysiące turystów chcących zrobić sobie zdjęcie albo ze znakiem, informującym o końcu sławnej drogi 66, albo z wielkim diabelskim młynem górującym nad krajobrazem. Setki sklepików z tandetą, absurdalnie drogie bary czy restauracje i obwoźni sprzedawcy zdominowali to miejsce. Nie zrozumcie mnie źle, ja absolutnie nie mam nic przeciwko kiczowi czy sklepikom z pamiątkami, mi chodzi jedynie o fakt przedstawienia tego miejsca na szklanym ekranie w stosunku do tego, co ja widziałem będąc tam na miejscu. Niestety, kiedy zejdziemy z molo, jest jeszcze gorzej. Przedstawiona nawet w serii gier Grand Theft Auto siłownia na plaży to lichy placyk, który swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą, a sama plaża to miejsce, powiedzmy bardziej spotkań hiszpańskojęzycznych rodzin i szemranego towarzystwa. W powietrzu zamiast zapachu oceanu poczujemy raczej woń popularnych „skrętów” a o pięknych kobietach pławiących swoje ciała modelek w słońcu południa możemy zapomnieć. Na domiar złego, woda w Pacyfiku, nawet w okresie wakacyjnym jest zimna. Chciałem nawet kiedyś wejść do niej, aby móc oficjalnie powiedzieć, że kąpałem się w Oceanie Spokojnym, ale nie dałem rady. Co gorsza był właśnie lipiec. Odchodząc od plaży wrócimy do centrum miasta i do położonej w samym jego centrum dzielnicy Skid Row. Tam nawet nie ma sensu wysiadać z samochodu. Całe śródmieście Miasta Aniołów okupują bezdomni. Mieszkają na ulicach miasta w prowizorycznych szałasach i namiotach podczas gdy wielkomiejskie życie dookoła pędzi swoim tempem. Niestety problem bezdomności to nie tylko śródmieście. Kiedy odjedziemy dalej o centrum, nadal spotkamy bezdomnych. Jedni nadal mieszkają w namiotach, inni, żyją w zaparkowanych przy krawężnikach przyczepach kempingowych czy kamperach. Na dobrą sprawę, ciężko jest znaleźć miejsce w tej ogromnej aglomeracji miejskiej, gdzie bezdomnych by nie było… a nie, przepraszam, jest jeszcze Beverly Hills i Rodeo Drive. Te dwa wymienione miejsca wyglądają dokładnie tak jak na filmach. Ekstremalnie drogie rezydencje, ekstremalnie drogie samochody, ekstremalnie drogie garnitury i ekstremalna ilość operacji plastycznych dam wychodzących z butików na najbardziej ekstremalnie drogiej ulicy świata. Tutaj odnajdziemy jedynie sklepy Gucci, Prada czy Louis Vuitton. Rodeo Drive, choć jest dość krótką ulicą, śmiało mogłaby być wizytówką miasta. Czysta, piękne palmy w pasie zieleni, błyszczące witryny sklepów i drogie samochody, których karoseria aż lśni w słońcu. Do takiego widoku Los Angeles przyzwyczaiło nas Hollywood. Niestety, to tylko jedna niewielka ulica w potężnym mieście. Na domiar złego, samo przemieszczanie się po mieście to nie lada wyzwanie. Choć autostrady przecinające metropolię są szerokie i mają po kilka pasów, kierowcy rzadko kiedy zważają na innych uczestników ruchu. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze, kiedy to spokojnie jadąc ciężarówką przez Los Angeles, wyprzedził nas samochód z urwanym zderzakiem. Kierowca zmusił nas do zatrzymania się, a następnie próbował oskarżyć mnie o to, że to moja wina, że uderzył swoim nowiusieńkim Mercedesem klasy S w tylny zderzak naszej naczepy. Przyjechała policja, z politowaniem pokręcili głową i każdy rozjechał się w swoim kierunku. My jedynie straciliśmy czas i nerwy, a właściciel Mercedesa okazał się szalenie bogatym deweloperem budującym w Los Angeles kilka osiedli. Prawdopodobnie, kiedy my następnego dnia czekaliśmy na rozładunek w jednym z lokalnych magazynów, ów gentleman, kupował już kolejną S klasę w jednym z lokalnych salonów marki ze Stuttgartu. Aż przykro, bo do tej pory piszę same negatywne rzeczy na temat tej sławnej metropolii. Ale taka jest prawda. Kto nigdy nie był w Mieście Aniołów, ten prawdopodobnie zawsze będzie postrzegał to miasto jako tropikalny, kalifornijski zakątek bogactwa i luksusu. Moim zdaniem, Los Angeles najładniej wygląda z perspektywy Obserwatorium Griffita na wzgórzach Hollywood. Z widokowych balkonów budynku widać całe miasto. Najczęściej spowite gęstym smogiem, ale z tej perspektywy nie doświadczymy korków, gangów czy bezdomnych. Z tego miejsca możemy cieszyć oko widokiem spokojnego miasta, żyjącego własnym życiem, nad którym co jakiś czas przelatują helikoptery. Zdecydowanie lepsze odczucie niż przechadzka przez Santa Monica czy przejażdżka przez Skid Row. Z Obserwatorium Griffita widać też doskonale jeden z największych symboli Los Angeles; napis „Hollywood”.



Od Hollywood zaczynałem tego bloga i na Hollywood chyba pora go skończyć. Los Angeles to ogromne miasto zmagające się wieloma problemami. Chcąc nie chcąc, dzięki filmom i serialom stało się symbolem nie tylko Kalifornii, ale i całych Stanów Zjednoczonych. Przykro jest patrzeć będąc na miejscu, że ten elegancki i pełen przepychu obraz miasta to tylko jedna ulica i niewielka dzielnica położona na uboczu metropolii. Może kiedyś miasto naprawdę powróci w swoim pełnym blasku i chwale jak za czasów złotej ery kina sprzed lat. Na razie, Los Angeles jest jednym z tych miejsc, gdzie na pewno nie mam ochoty wracać. Jednakże, jeżeli Ty drogi czytelniku, miałbyś możliwość kiedyś odwiedzić Miasto Aniołów, nie wahaj się. Kto wie, może Ty zupełnie inaczej spojrzysz na to miejsce i dostrzeżesz w nim coś co mogło umknąć mojej uwadze. Wszak każde miejsce na świecie ma swój niepowtarzalny urok.




Dodaj komentarz