
Witajcie!
Trochę czasu minęło od ostatniego wpisu, ale jedyne co mogę powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, to fakt, iż wciąż jesteśmy w podróży. Kolejne dni mijają, tygodnie a teraz już miesiące a my wciąż przemierzamy bezkresne morza i oceany w poszukiwaniu kolejnych tajemniczych krain, które z zapałem w oczach eksplorujemy. Podróż, jednakże, jak już prawdopodobnie kiedyś wspominałem to nie tylko jazda samochodem, lot samolotem czy rejs statkiem. W podróż możemy wybrać się również i kulinarną. Smakując orientalne potrawy, próbując ziół i przypraw z najodleglejszych zakątków naszego globu również wyruszamy w rejs. Co jeszcze ważniejsze, w obecnych czasach, kiedy mamy dostępność wszelakich składników i towarów praktycznie w każdym sklepie i na wyciągnięcie ręki, możemy bez problemu w zaciszu naszej kuchni odtworzyć niektóre dania, które dane było nam niegdyś spróbować podczas wycieczek czy podróżniczych wypraw. Dzisiaj więc, chciałbym zabrać Was w krótką, kulinarną podróż do kraju, który odwiedziliśmy dość niedawno i który z kulturą jedzenia, zwłaszcza ulicznego związał się już wiele lat temu i w tym związku trwa do dzisiaj. Tajlandia – piękny i tropikalny kraj położony w dalekiej Azji. Miejsce, gdzie tradycja i kultura nieustannie mieszają się z nowoczesnością i zabawą. Podczas naszej wyprawy odwiedziliśmy tylko cztery miejsca na mapie tego pięknego kraju, jednakże, wykorzystaliśmy dany nam czas do cna, nie tylko na spacery czy zwiedzanie, ale i n a spróbowanie potraw, z których Tajlandia słynie.
A co w kraju Tajów jest najsławniejszym i najbardziej rozpoznawalnym daniem na całym świecie? Oczywiście Pad Thai; swoją drogą jedna z ulubionych potraw Luizy. A czymże jest owe Pad Thai? Zdecydowanie daniem, które każdy z nas może odtworzyć w swojej domowej kuchni! Smażony makaron, najczęściej serwowany z owocami morza i warzywami. Na talerzu znajdziemy tutaj paprykę, marchew, ogórka i selera. Wszystko razem wymieszane z krewetkami i przegrzebkami ląduje na rozgranym oleju w woku a po chwili w misce na stole. Przyprawione odrobiną orientalnych przypraw oraz czasami śladową ilością mleka kokosowego prezentuje całe bogactwo smaków Tajlandii. Podczas naszej wizyty w Bangkoku, właśnie takie Pad Thai jadła Luiza. Ja wybrałem coś bardziej klasycznego; smażonego kurczaka z trawą cytrynową, podawanego z ryżem. Niby proste danie, ale smak wręcz błędny. Trawa cytrynowa nadaje mięsu orzeźwiającego posmaku a mieszanka orientalnych przypraw i imbiru wydobywa z usmażonego kurczaka pełnie jego aromatu. Proste i smaczne dania, które wielokrotnie przygotowywane są na ulicy pod prowizorycznym daszkiem w ogniu małej i niepozornie wyglądającej gazowej kuchenki.



Nie ukrywam, że miałem obiekcje przed spróbowaniem potraw w Tajlandii. Obawiałem się zatrucia pokarmowego, nie ufałem warunkom sanitarnych w jakich przygotowywane są potrawy oraz jakości oraz czystości użytych do przygotowania dań składników. Zupełnie niepotrzebnie! Tajlandia uliczną kuchnią stoi, więc wszystkie składniki są świeże i używane na bieżąco, co sprawia, że mimo potężnych temperatur panujących w kraju, nie mają nawet czasu, aby się zepsuć. Dzień, jednakże mijał, a my powoli kończyliśmy naszą wycieczkę po Bangkoku. Przed nami jeszcze trzy miejsca na mapie Tajlandii.
Kolejnego dnia zawitaliśmy do Pattaya. Nadmorskiego kurortu znanego z szalonych imprez, klubów i zabawy. Niestety za dnia miasto śpi a czynnych było jedynie kilka lokali, gdzie rozespani i zmęczeni nocnymi rozrywkami turyści z mozołem spożywali śniadanie. My jednakże, o godzinie 13:00 chcieliśmy zjeść jakiś niewielki obiadek. Zasiedliśmy więc w jednej z restauracyjek i złożyliśmy zamówienie. Luiza znów wybrała Pad Thai, tym jednak razem nie z owocami morza a z wołowiną a ja ponownie kurczaka, tyle że przygotowanego na sposób tajski. Nie mam pojęcia co prawda czym ów „sposób tajski” wyróżniał się na tle kurczaków chińskich czy wietnamskich, ale z pełną świadomością muszę przyznać, że ponownie mięso było świeże i soczyste, sos towarzyszący kurczakowi przepełniał aromat goździków, cynamonu i papryki a cała kompozycja dania smakowała wyśmienicie. Luiza, jednakże, po Pad Thaj z Bangkoku była nieco rozczarowana. Narzekała na suchość mięsa i mniej wyrazisty smak. Może to przez wołowinę a może przez inne przyprawy? Tak czy inaczej najedzeni ruszyliśmy dalej. W drodze powrotnej na statek udało nam się nawet spotkać kilka osobliwych straganów z ulicznym jedzeniem serwujących grillowane skorpiony, robaki, chrząszcze oraz coś co wyglądało na karaluchy. Nie, nie spróbowałem takich frykasów i kierując się zdrowym rozsądkiem, powstrzymałem Luizę, przed wbiciem swych zębów w pancerzyk niewielkiego skorpiona, który dokonał żywota nadziany na patyczek do szaszłyków smażąc się na rozgrzanych do czerwoności węglach. Później przez kilka godzin wysłuchiwałem naturalnie jak jestem zły i jak to moja żona żałuje, że mnie posłuchała i ogólnie i tak dalej, ale obiecałem Luizie, że jeszcze do Tajlandii wrócimy i że następnym razem nie będę wtrącał się w jej eksperymenty kulinarne. Konflikt został zażegnany a my ruszyliśmy dalej.



Następnego dnia przybiliśmy do pięknej i wręcz rajskiej wyspy Ko Samui. Pochłonięci urokiem wyspy zatraciliśmy się bez reszty w jej pięknie i nie wiadomo, kiedy przyszła pora obiadu. Wybraliśmy się więc do lojalnej restauracji, gdzie przy większości stołów zasiadali Tajowie. Zamówiliśmy zupę Tom Yum i grillowaną wieprzowinę. Sama zupa Tom Yum opierała się na mleku kokosowym. Bardzo słodka, przyprawiona, jednakże ostrą papryką oraz warzywami. W cieczy radośnie pływały krewetki i kawałki ryby. Dla mnie osobiście zupa była zbyt ostra, Luiza jednak wciągnęła całą miskę wylizując niemalże naczynie do czysta. Ja spokojnie przegryzałem wieprzowinę z ostrym sosem, który również sprawiał, że do oczu zapływały łzy. Taka to jest tak kuchnia Tajska. Trochę słodka, ale bardzo ostra. Najlepsze, jednakże przyszło na deser; Mango Sticky Rice – kultowa wręcz pozycja Tajskiego Street Food’u! Ryż gotowany w mleku kokosowym w podanym na ciepło mango, które swoją konsystencją przypominało raczej budyń a niżeli owoc. Niby tak proste i trywialne danie a na języku kompletny odlot! Słodkie, ciepłe, owocowe… rozpływające się w ustach. Mango Sticky Rice spełniało wszelkie założenia idealnego deseru. Jaka szkoda, że kończyliśmy już naszą podróż po Tajlandii. Tyle jeszcze rzeczy chciałoby się spróbować. Nawet bym już Luizie odpuścił te skorpiony! Niestety, czas pędzi nieubłaganie i pora wracać na statek. Oblizując jeszcze wargi z kokosowego mleka wróciliśmy na statek kołyszący się leniwie na falach w promieniach upalnego azjatyckiego słońca.


Tajlandia od strony turystycznej nas zauroczyła, zakochaliśmy się w jej pięknie, naturze, widokach, ciepłych wodach i porośniętych palmami plażach. Wrócimy tam na pewno, zwłaszcza, że na ulicach Bangkoku jeszcze tyle rzeczy czeka na spróbowanie! Będąc w Tajlandii możemy być głodni jej piękna, ale nasz kulinarny apetyt, bez problemu zaspokoją te jakże proste a za razem przepyszne dania rodem z dalekiej Azji! Na szczęście i mango i ryz i mleko kokosowe kupić możemy w Warszawie, więc kiedy za jakiś czas zapragniemy znów przenieść się na słoneczne plaże Ko Samui lub na tętniące życiem ulice Bangkoku, już dobrze oboje wiemy co należy zrobić… wstawić patelnię na ogień! Smacznego!




Dodaj komentarz